poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Rozdział 7 Rzeź

◊ Clary 





Wojna oznacza śmierć; pokonanie wroga jednym lub dwoma ciosami.

Tak przynajmniej sądziłam dopóki demony walczące po stronie Seraphiny nie zaatakowały. Gdy fala wroga na nas natarła, nie minęła minuta, a w powietrzu unosił się już zapach krwi oraz dźwięk rozrywanych ciał i łamanych kości.

Lata treningów i bolesnych doświadczeń nie dały rady powstrzymać niesmaku, który poczułam na ustach.

Zdecydowanymi ruchami nacierałam na przeciwnika, z każdą sekundą przesuwając się co raz bardziej do przodu. Dostanie się do Seraphiny okazało się być trudniejsze niż sądziłam; wbrew wyrównanej siły, kilkanaście tysięcy demonów do zabicia nie było takie proste.

Nie wiedziałam, ile już walczę. 
Może godzinę, może dwie.
A może pięć?

Wiem jedno; bardzo długo.
Siły mnie jednak nie opuszczały, wręcz przeciwnie, adrenalina rosła z każdym wysłanym przeze mnie do piekła demonem. Przy świadomości trzymał mnie również strach o Jace'a i reszty moich bliskich. Z każdym przypadkowym nadepnięciem na - jedną z wielu leżących na ziemi - kończynę, modliłam się, aby nie należała ona do nikogo z nich.

Zamiast potu, spływała po mnie krew.
Częściowo moja po przypadkowych draśnięciach, a częściowo posoka wroga. Jej palące właściwości także nie pozwoliły mi się zdekoncentrować.





Seraphina 





Stojąc daleko od głównego pola bitwy, obserwowałam niemo całe zdarzenie. Moje demony idealnie się spisywały.

Szybka śmierć byłaby litością z mojej strony...
A dla wrogów nie ma litości...
Na wojnie nie ma l i t o ś c i...

Odwróciłam głowę w bok, przyzywając do siebie Jonathana. Z ponurą miną podszedł z ręką nadal zaciśniętą na rękojeści.

- Chyba nie muszę ci mówić, co musisz zrobić - powiedziałam, kierując wzrok z powrotem na pole.

- Siostro - zaczął po chwili niepewnie, ale uniosłam rękę.

- Jeżeli ty tego nie zrobisz, to ja to zrobię. - Po moich słowach już się nie odezwał. Doskonale wiedział, że gdybym to ja wykonała za niego zadanie, nie powstrzymywałabym się. Nie kontrolowała. Pozwoliłabym jej umierać p o w o l i.

Jednak ja także coś wiedziałam.
Wiedziałam, że jeżeli będzie się ociągał, nie da rady tego zrobić.

Kiedy odszedł, przywołałam do siebie jednego ze stojących za mną demonów. Ukłonił się, sycząc cicho.

- Jeżeli będzie się wahał, pomóż mu - oznajmiłam beznamiętnie. Demon kiwnął łbem i odszedł, znikając w gęstwinach lasu.

Odwróciłam się w stronę pozostałych kilku demonów i uniosłam głowę. Pozwoliłam, aby moje oczy przepełnił ognisty blask.

- Już czas - oznajmiłam.





◊ Clary 





Cztery demony mnie otoczyły. Nerwowo obracałam się z mieczami w dłoni. Wszystkie cztery bestie były większe ode mnie i zaliczały się do silnych. Dwa z nich posiadały ogon z kolcem jadowym, zaś dwa kolejne wysuwające się szczęki pełne kłów.

Zaklęłam cicho pod nosem i zrobiłam obrót, wbijając bronie prosto w pierwsze cielsko. Ledwo co zdążył przekształcić się w popiół, a trzy pozostałe rzuciły się na mnie. Powtórzyłam poprzedni ruch, a także wykonałam kilka ataków, ale bestie z niemalże łatwością robiły uniki. W pewnym momencie poczułam, jak coś owija się wokół mojej nogi. Spojrzałam w dół widząc coś na kształt macki. Próbowałam się wyswobodzić, ale na nic się to nie zdało. Demony przestały mnie atakować. Spojrzałam na nie ze zdziwieniem. Nagle macka zacisnęła się jeszcze mocniej i pociągnęła. Upadłam na ziemie i zanim zdążyłam podnieść wzrok, coś ciężkiego uderzyło nie w głowę.

Wszystko ucichło...




◊ Isabelle 





Kilkadziesiąt metrów dalej, zdążyłam ujrzeć płomienne włosy. Niewątpliwie była to Clary. W jednej sekundzie poczułam ulgę, na myśl, że wciąż żyje. Ulga zniknęła jednak tak szybko jak się pojawiła; rudowłosa upadła, a cielska kilku demonów ją zasłoniły. Chwilowa panika i dekoncentracja dużo mnie kosztowały, ponieważ jeden z demonów zdołał przejechać pazurem po mojej twarzy. Mój policzek przeszedł piekący ból.

Jednym machnięciem bicza zabiłam demona. Elektrum opadło wokół mnie, będąc gotowe do ponownego użycia. Otarłam krew z rany na twarzy, która zdążyła dosięgnąć moich ust. Zlizałam metaliczny posmak krwi. Odwróciłam się napięcie, będąc gotowa na kolejny atak, ale zamiast demona, stał za mną ktoś inny.

Wydawał się być nietknięty przez wojnę. Niemal białe włosy miał wciąż czyste i idealnie ułożone. Jego strój bojowy był nadal czysty, bez śladu kropli krwi lub demonicznej posoki. Jedyny brud, jaki zdołał się na nim osadzić, to nieduża smuga pod prawym okiem.

Poczułam, jak serce mi się ściska.
Wiedziałam, dlaczego tutaj stoi.
Przełknęłam ślinę. On też.
On też wiedział, że ja wiem.

- Jak to ma więc być? - spytałam, pozwalając biczowi wrócić do postaci bransolety. Zmarszczyłam brwi, lepiej mu się przyglądając, ale jedyne co widziałam w jego oczach, to niepewność.
- Wiedziałam, że tobie każe to zrobić - stwierdziłam, kiedy nie odpowiedział.

- Okłamałaś mnie, Isabelle - podniósł głos i uniósł nieco miecz w moją stronę. W kilka sekund wyciągnęłam swój.

- Nie miałam wyboru, mówiłam, że jeżeli dojdzie do wojny to będę walczyła po stronie bliskich.

- Myślałem, że po naszej nocy poślubnej ja także się do nich zaliczam - warknął. Teraz nie ukrywał rozdrażnienia. - Okłamywałaś mnie cały czas.

- A ty nie? - spytałam ze złością. - Mam ci przypomnieć, przez kogo znalazłam się w piekle?

- Robiłem to dla twojego dobra, bo cię kochałem... Nadal kocham. - Spojrzał na mnie błagalnie, marszcząc brwi. - Chciałem cię uratować. Dać ci w s z y s t k o. I dałem. Wszystko co miałem. A ty kłamałaś nawet w naszą wspólną noc. Gratuluję, Isabelle, naprawdę doskonale ci poszło zwodzenie mnie pod koniec. Doszłaś do celu. Ale to koniec - oznajmił i uniósł miecz, jeszcze wyżej.

Poczułam, jak moje serce zalewa fala bólu.

Myli się.
Tak bardzo się myli. 

Spojrzałam w jego oczy, starając się w nich dostrzec coś jeszcze z wyjątkiem niepewności i zranienia. Niestety obraz zamazał mi się przed oczami, bo w moich pojawiły się łzy. Spłynęły po moich policzkach.

- Nakir - wyszeptałam, także unosząc miecz. Serafickie ostrze rozbłysło jasnym światłem.

Za chwilę nastąpi koniec.
Dla mnie.
Dla niego.
Dla nas.

Z krzykiem rzuciłam się na niego, pozwalając naszym bronią zderzyć się z głuchym trzaskiem. Przez pierwsze chwile to ja atakowałam, a on zręcznie odparowywał każdy mój ruch. Kiedy role się zmieniły, nie było mi już tak łatwo. W końcu nastąpiła chwila błędu i mój miecz został wytrącony. Czubek trzymanego przez niego ostrza, był skierowany w stronę mojego brzucha. Dotykał go. Czułam lekki nacisk, który za chwilę miał mnie przebić.

Uniosłam wzrok. Patrzyliśmy sobie w oczy dobre kilkanaście sekund. Patrzyliśmy na siebie z bólem, cierpieniem, rozpaczą.

- Zrób to - powiedziałam, spoglądając na wcelowaną we mnie broń. - Zakończmy to, no chyba, że Seraphina kazała ci mi zadać powolną śmierć.

- Nie pozwoliłbym na to - odpowiedział w końcu.

- Te słowa brzmią dziwnie, kiedy je wypowiadasz. W końcu to ty trzymasz miecz - przypomniałam. Łzy przestały spływać po moich policzkach. Nie czułam już strachu. Nie czułam już nic. Przegrałam. Stałam ze spuszczonymi rękami czekając na śmierć.
- Przekaż Seraphinie, że przeklęty zawsze będzie przeklętym.

- Isabelle - zaczął z naciskiem, ale mu przerwałam z walącym sercem.

- Po prostu to zrób - warknęłam, ale widząc jego dłuższe wahanie, podniosłam głos: - Zrób to!

Nacisk miecza tylko trochę się zwiększył.

- ZRÓB TO! - krzyknęłam. W tej samej chwili, czubek miecza opadł na ziemie. Spojrzałam na chłopaka z niedowierzaniem.

- Nie mogę - powiedział.

Wokół nas ginęli Nocni Łowcy i Podziemni. Dźwięk rozrywanych ciał i łamiących się kości przeszywał powietrze, a my staliśmy teraz bez ruchu, nie potrafiąc nic zrobić. Ani się zabić, ani próbować się bronić.

W jego oczach dostrzegłam łzy.

- Nie mogę, Izzy - powtórzył i ponownie uniósł miecz. Trzymał go nieruchomo, będąc gotowy do walki z każdym. Tylko nie ze mną.

- Ta decyzja będzie cię kosztować - powiedziałam, czując cały czas ból w sercu. Wolałbym zginąć. Wolałabym, aby wbił we mnie ten miecz. Przynajmniej wiedzielibyśmy na czym stoimy. Bylibyśmy wszystkiego pewni.

Zrobiłam niepewny krok w jego stronę, nie wiedząc, czy chcę go uderzyć czy pocałować. W tej samej chwili dostrzegłam niewyraźny ruch za jego plecami. Ciało Jonathana wpadło na mnie razem z jego mieczem.

Z taką siłą i taką prędkością, że nie zdążyłam zrobić uniku. Zimna stal przeszyła mnie, tak jak miała to zrobić.





Jonathan 




Coś nagle pchnęło mnie z taką siłą, że straciłem równowagę i wpadłem na Isabelle. Miecz, który nadal trzymałem w dłoni, przeszył powietrze razem ze mną, a następnie coś twardego. Odskoczyłem szybko od brunetki. Jej usta były rozchylone w niemym krzyku, a oczy szeroko otwarte. Powoli spojrzałem w dół za miejsce, za które się trzymała; jej dłonie ściskały ostrze. Ostrze było w niej. Poczułem, jak blednę z przerażenia.

Nie
Nie
Nie

Słysząc jej ciche stękniecie, ocknąłem się, jednym ruchem wyciągając miecz i odrzucając go najdalej jak potrafię. Złapałem dziewczynę za ramiona, gdy zaczęła się osuwać na ziemie.

- Nie - wyszeptałem przez zaciśnięte zęby. - Nie, nie, nie, nie... NIE!

Jej dłonie nadal ściskały ranę na brzuchu. Plama krwi zaczęła się powiększać. Dotknąłem jej, zaczynając uciskać ranę. Ciepła krew zetknęła się z moją dłonią. Ułożyłem ostrożnie głowę dziewczyny na swoim kolanie, następnie wyciągając stelę.

Oczy dziewczyny patrzyły na mnie, mrugając sennie.

- Wszystko będzie dobrze, Isabelle - mówiłem, gładząc jej policzek brudną od krwi dłonią. Rozdarłem rękoma materiał w okolicy jej brzucha, chcąc narysować iratze. Ale nie mogłem; rana była głęboka, zaczynała ropieć. Musiałem ją najpierw oczyścić, ale nie miałem czym.

Zakląłem głośno, odrzucając stelę na bok i ponownie uciskając ranę.

- Będzie dobrze, będzie dobrze... POMOCY!... Będzie dobrze...

- Jonathan - wymamrotała, dotykając dłonią mojego policzka. Ucałowałem ją.

- Cii...nic ci nie będzie, opatrzymy cię - powiedziałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

- Nie kłamałam... ja nie... kłamałam - zaczęła mówić, co jakiś czas krzywiąc się z bólu.

- Cii, Isabelle, błagam...

- Nie kłamałam... Nie tamtej... nocy... Uwierz mi... proszę... - Wypowiadając ostatnie słowo, zaczęła szybko i głęboko oddychać. Dusiła się. Łapała oddech. Zacząłem mocniej uciskać ranę, drugą dłoń przykładając ponownie do jej policzka. Dolna warga była rozcięta, a jej twarz pokrywał pot i brud, ale dla mnie nadal była najpiękniejszą osobą na świecie.

- Będzie dobrze, zobaczysz... Będzie dobrze...

Jej oczy patrzyły na mnie, co raz bardziej się zamykając. Jakby zasypiała. Jej dłoń, która cały czas ściskała moją przy jej ranię, zaczęła się rozluźniać.

- Nie - powiedziałem z naciskiem, ale w tym samym momencie jej oczy się zamknęły. Jej dłoń, na której nadal spoczywał pierścień Morgenstern'ów, przestała ściskać moją i opadła.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Myślałem, że wiem, co to znaczy cierpieć.
Myliłem się.


Krzyk, który wydobył się z mojego gardła, był tego potwierdzeniem.




3 komentarze:

  1. Świetny rozdział:)
    biedna Izzy :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak mogłaś?! DLaczego?! ONA MA ŻYĆ, ROZUMIEMY SIĘ?!

    OdpowiedzUsuń
  3. Proszę niech Izzy przeżyje
    Mam nadzieję na więcej Clace oraz Jonatana i Izzy
    Czekam z niecierpliwością na kolejne wydarzenia

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pamiętaj zostawić po sobie ślad ;3