wtorek, 8 sierpnia 2017

Rozdział 6 Paszcza lwa

◊ Clary 




Podczas, gdy sanitariusze podawali nam jedzenie oraz picie, nikt z nas się nie odezwał. Siedzieliśmy wszyscy na ziemi w Sali Anioła, cicho spożywając to co nam dano. Nie było sensu narzekać na legiony, do których nas przydzielono. Wystarczył jeden sprzeciw, a stracilibyśmy możliwość udziału w walce.

Wbrew pozorom, byłam chyba najbardziej zadowolona z grupy. Dwa ostatnie legiony były najbardziej pożądane, gdyż to one miały się znaleźć na głównym polu bitwy. Ja byłam w ostatnim. Miałam się znaleźć w grupie, która ma przyjąć na siebie pierwszą falę wroga. 

Nie chodzi o to, że się cieszę, mogąc jako pierwsza zatopić miecz w cielsku demona, ale będę najbliżej tej, która to wszystko wywołała.

Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię. Domyśliłam się, że skoro Seraphina prosiła, aby wydano mnie w jej ręce, nie obejdzie się bez walki. Nie będzie to jednak zwykła walka między wrogami, ale walka między wrogiem, który jest z tej samej krwi co ja. Jej umiejętności będą dla mnie zabójcze. Nie byłam jednak bez szans; dzięki latom wspólnych treningów, wiem, jak się porusza, jakie ruchy wykonuje. Zresztą zawsze byłam od niej lepsza. Pod każdym kątem. Ale przez płynącą w niej krwi Lilith, nasze szanse będą wyrównane.

Cokolwiek by nie było, będę musiała ją zabić.




Zanim się obejrzeliśmy, brakowało już czterdziestu minut do północy. Niechętnie stanęłam na równe nogi, a za moim przykładem poszli inni.

- Już czas - powiedziałam cicho i odważyłam się podnieść wzrok.

Bez słowa każdy zaczął się ze sobą żegnać. Przytuliłam Annabeth, a potem Paul'a i Aleca. Na koniec Celine, Stephena i Jace'a. Mia była już bezpiecznie ukryta w piwnicach razem z Maksem.

- Jeżeli coś ci się stanie, to powieszę cię na najwyższym szczycie instytutu - wyszeptałam, kiedy jego palce wsunęły się w moje włosy. Poczułam, jak jego pierś porusza się na bezgłośne parsknięcie. Wciągnęłam jego zapach ostatni raz i powoli się od niego odsunęłam, aby spojrzeć w złote tęczówki. Wiedziałam, że to do nich wrócę myślami, gdy będę przy ostatnim oddechu.

- Masz wrócić, i to nie jest prośba - powiedział. - Nie pozwolę, abyś bezczelnie odeszła z moim pierścieniem. Najpierw musisz przyjąć moje nazwisko. Coś za coś, panno Herondale.

Nie mogłam powstrzymać łez i uśmiechu. O s t a t n i  raz przywarłam wargami do jego ust. Namiętnie. Mocno. Zupełnie, jakbym chciała napiętnować tym pocałunkiem nas oboje.

- Dziękuję, Jace - wyszeptałam, kiedy stykaliśmy się czołami. - Dziękuję ci za wszystko.

- Mogę powiedzieć ci to samo, słońce.

Odsunęliśmy się od siebie. Wyszliśmy ramię w ramię, ale nie trzymaliśmy się za ręce, bo oboje wiedzieliśmy, że wtedy nie dalibyśmy rady się rozdzielić. Dlatego kurczowo obiema dłońmi ściskałam rękojeści mieczy.

Przeszliśmy przez całe miasto, aż do wrót. Wszystkie domy po drodze były zaryglowane. Mimo kręcących się wokoło podziemnych i Nocnych Łowców, było cicho. Nie jak cisza przed burzą, ale jakby to miasto już dawno upadło.

Wychodząc po za mury, zostawiliśmy za sobą Annabeth i Paula. Przed nami rozpościerała się już duża ilość legionu czwartego. Właśnie wtedy Herondale'owie oraz Alec stanęli w miejscu. Nie zniosłabym drugiego pożegnania, dlatego mimo walącego ze strachu serca kiwnęłam do nich tylko głową. Jace odpowiedział mi tylko spojrzeniem pełnym niepokoju. Celine zaś, jakby chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.

Odwróciłam się i ruszyłam w stronę swojego przydziału, który znajdował się jakieś dwieście metrów dalej. Ustawiłam się niepewnie w pierwszym rzędzie. Wzięłam głęboki, drżący oddech i spojrzałam w niebo; Niebo było pochmurne, pełne gwiazd z dużym księżycem na czele. Od Alicante biło światło pochodni i świateł magii czarowników. Wkrótce zabłysnąć miały także miecze. Mimo nocy, nie mogliśmy narzekać na brak światła. Po za tym, od czego są runy?

W głowie ustanowiłam sobie cel i plan, aby do niego dążyć. Moim celem była Seraphina, a planem przedarcie się do niej. Niezbyt przekonujące, ale proste do zapamiętania. W tej chwili jakikolwiek bardziej skomplikowany plan wypadłby mi z głowy.

W jednej chwili natarł na nas mocny powiew chłodnego wiatru. Tylko raz. W oddali dostrzegłam szeroki cień. Nie minęła minuta, a w oddali widać było zmierzającego w naszą stronę wroga.

Armia demonów szła w naszą stronę, a ich syki i inne odgłosy docierały nawet tutaj. Niektóre z nich przybrały swoją prawdziwą postać, a niektóre ludzką. Nie czułam już dreszczu strachu, ale emocji i podniecenia. Gdzieś usłyszałam donośny głos Roberta, nakazujący przybranie pozycji. Każdy wyciągnął miecz, nadając mu imię. Ostrza rozbłysły.

- Nakir, Gabriel - nadałam imiona mieczom, im także pozwalając uwolnić swój blask.

Następne minuty czekaliśmy i patrzyliśmy. Patrzyliśmy, jak tysiące demonów idzie w naszą stronę. Gdy wiatr zawiał ponownie, poniósł ze sobą ich smród. Skrzywiłam się, mocniej zaciskając palce na rękojeściach.


Seraphina.
Seraphina.
Seraphina.

Zabij ją.


W końcu demony się zatrzymały. Dzieliło nas może sto metrów. Już stąd mogłam dostrzec ich kły, pazury i obrzydliwe ślepia, które niektóre świeciły, jak u kota.

Czekaliśmy dalej, aż w końcu demony się rozstąpiły. Na przód, dumnym krokiem wyszła z dwoma mieczami o rękojeściach niczym splątane ze sobą jęzory ognia. Broń kontrastowała się z jej rudymi, częściowo spiętymi włosami. Nic się nie zmieniła od ostatniego razu. Tylko te oczy; płomienno świecące tęczówki. Strój miała niemal taki sam, jak mój, jednak nieduże pancerze na ramionach były pokryte lśniącymi, czarnymi łuskami. Uśmiechała się lekko, wzrokiem obejmując swoich przeciwników.

- Macie szansę się jeszcze poddać - zaczęła głośno. - Możecie uratować siebie i swoje rodziny! Wystarczy, że wydacie mi Clarisse Morgenstern. To jedyne, o co proszę!

- Podjęliśmy już decyzję! - Robert wystąpił z mieczem w dłoni. - Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi.

- CZAS CLAVE PRZEMINĄŁ - ryknęła Seraphina, robiąc kilka kroków w przód. - Nadszedł czas na zmianę i nowy porządek! Czas zakończyć wojnę między światem cieni a piekłem!

- Wojna, o której mówisz nigdy nie będzie miała końca! - odpowiedział jej Robert z równym gniewem. - Nocni Łowcy i klęska Lilith są tego dowodem!

- Najwyraźniej upartość jest u was rodzinna, Lightwood. Mam nadzieję, że zmiana nazwiska wyjdzie na zdrowie twojej córce. - Już stąd mogłam dostrzec, jak Robert nieruchomieje. Zresztą ja także. Zamrugałam kilka razy nieco oszołomiona, ale w tym samym czasie demony ponownie się rozstąpiły i przepuściły dwie postacie. W tamtej chwili myślałam, że nogi się pode mną ugną. Łzy i smutek, które wylałam z powodu brata i przyjaciółki, w jednej chwili zniknęły. Gdy Isabelle i Jonathan stanęli obok Seraphiny również w strojach bojowych i bronią w dłoni, rozdziawiłam usta. Chciałam do nich podbiec, ale nie wiem czy po to, aby ich objąć czy uderzyć.

- Twoja córka choć uparta, to była bardzo przydatna. - Seraphina zaczęła okrążać Isabelle, aż się zatrzymała i położyła dłoń na ramieniu. Brunetka patrzyła w dół nie wyrażając żadnych emocji. - Nie tylko zawiązała sojusz z buntującymi się przeciwko mnie demonami, ale wyszła za Jonathana, przyjmując nowe nazwisko. Obiecała mi wsparcie pod warunkiem, że uczynię ją następczynią. Cóż... - spojrzała z westchnieniem na dziewczynę. - Doszłyśmy do porozumienia.

Spojrzałam na Jonathana, który patrzył się przed siebie z takim samym wyrazem twarzy co jego ż o n a.

Krew odpłynęła mi z twarzy, poczułam łzy zbierające się w oczach, ale nie pozwoliłam ani jednej wypłynąć.

- Zdrajczyni! - usłyszałam, jak ktoś w tłumie krzyczy, wywołując fale kolejnych obelg. Isabelle słysząc to podniosła wzrok. Jej oczy błyszczały. Gdybym nie znała jej dobrze, uznałabym, że to przez oświetlenie, ale wiedziałam, że to przez łzy. Płakała.

Isabelle, powiedziałam bezgłośnie. Chciałam, aby dała mi jakiś znak, że tak naprawdę nie jest po stronie Seraphiny. Rudowłosa zbliżyła się i szepnęła jej coś na ucho. Brunetka wyraźnie się wzdrygnęła, ale mimo to ruszyła do przodu. Zrobiła kilka kroków w przód. Następnie spojrzała za siebie na armie demonów. Jeden z nich, który był pod postacią mężczyzny znalazł się po chwili przy niej. Dziewczyna ponownie przeniosła swój wzrok na nas.

- Nie nazywam się już Isabelle Sophia Lightwood. Ona umarła - oznajmiła donośnym głosem. - Teraz stoi przed wami Isabelle Sophia Lightwood Morgenstern, następczyni tronu Edomu. Ludzie, którzy mają w sobie prawdziwą krew rodu, którego nazwisko noszę, chcą  w y r ż n ą ć  wasze żony, mężów i dzieci. Obiecałam, że będę walczyć po ich stronie. Jednak teraz ja także jestem Morgenstern, a jak wiadomo ich krew, ich obietnice - odwróciła się, aby spojrzeć na Seraphinę i Jonathana. - Ich wszystko jest zatrute i fałszywe. - W tym samym momencie demony, które stały w szeregach pod ludzką postacią zaczęły wychodzić na przód. Stawały po bokach Isabelle i wokół nas. Dobre kilkanaście tysięcy. Każdy zaczął się rozglądać z niedowierzaniem.

Krzyk Seraphiny przeszył powietrze, gdy chciała się rzucić z ostrzami na dziewczynę, ale demon stojący obok niej, zatrzymał ją, wyrzucając kilkanaście metrów w tył. Rudowłosa wylądowała zwinnie niczym kot. Jonathan zaczął coś błagalnie mówić do Isabelle, ale ta odwróciła się i razem ze swoim "strażnikiem" ruszyła w naszą stronę. Wspierające ją demony zaczęły się ustawiać wśród nas, niszcząc legiony i tworząc jedną dużą armię. Teraz było nas tyle samo, co wroga. Mieliśmy równe szanse na wygraną. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

W tej samej chwili poczułam, jak ktoś dotyka mojego nadgarstka. Odwróciłam głowę, aby spojrzeć na złote tęczówki. Schowałam jeden z mieczy i splotłam nasze palce.

- Mam nadzieję, że masz zamiar założyć ślubną podwiązkę - szepnął, nachylając się tuż przy moim uchu. Uśmiechnęłam się szerzej.

- Dla ciebie wszystko - odpowiedziałam równie cicho.

Spojrzałam na Isabelle, która w tej chwili obejmowała się mocno z ojcem. Obydwoje płakali. Miałam ochotę do nich podbiec i przytulić przyjaciółkę, pozwolić się jej wypłakać i samej także zacząć wyciskać łzy.

- DAJĘ WAM OSTATNIĄ SZANSĘ! - W tym samym momencie, gdy Seraphina krzyknęła, oba jej ostrza stanęły w płomieniach. Zakręciła nimi na postrach.

Poddałabym się, gdybym ci wierzyła, pomyślałam, po czym ponownie sięgnęłam po drugie ostrze.

- My także dajemy ci szansę się teraz wycofać! - odpowiedział Robert, stając ramię w ramię z córką. Rudowłosa cofnęła się w odpowiedzi i krzyknęła coś w nieznanym języku. Zaraz po tym każdy demon stojący po jej stronie ruszył do przodu. Fala demonów ruszyła ku nam.

- Pulvis et umbra sumus! - krzyknął Robert i także ruszył na przód. Jego słowa zostały powtórzone. Wyciągnęłam drugi miecz i zaczęłam biec prosto w paszczę lwa. Tak, jak myślałam, że od środka umarłam, tak teraz czułam, że odżyłam.












Mogę się domyślić, jak bardzo mnie nienawidzicie za zakończenie w takim momencie :DDD No ale cóż, musiałam wam podnieść ciśnienie :))


3 komentarze:

  1. Kochana, taki talent! Czekam na next!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wstaw szybko next bo tu wykonuje na zawał serca !!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Czemu w takim momęcie?!
    Rozdział SUPER mam nadzieje że szybko będzie next.
    Pozdrawiam gorąco Danko

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pamiętaj zostawić po sobie ślad ;3