poniedziałek, 27 listopada 2017

Rozdział 13 Morski Błękit

◊ Clary 





Zanim się obejrzałam, na parkiecie tańczyli już pozostali. Razem z Jace'm nie przerywaliśmy tańca mimo to; tańczyliśmy, a właściwie kiwaliśmy się na boki, przytuleni do siebie. Mia tymczasem chodziła dookoła i robiła zdjęcia aparatem.

Ta chwila, ten moment, ten dzień, były najszczęśliwsze w moim życiu. I wiedziałam, że takich dni i chwil będzie jeszcze wiele.

Było i d e a l n i e. 

Mocniej wtuliłam głowę w jego ramię, wsłuchując się w cichy rytm muzyki. Runa miłości na mojej piersi wciąż biła z niesamowitą mocą, która rozlewała się po całym moim ciele. Miałam wrażenie, jakby ciepła fala zalała moje ciało, nadając mojemu sercu uczucie radości, bezpieczeństwa i nadziei. 

- Nie jesteś głodna? Jeszcze toast i tort - odezwał się Jace. Uśmiechnęłam się, wzdychając.

- Wiem, ale tak mi dobrze w tej pozycji. - Poczułam, jak jego ciało zadrżało, gdy się zaśmiał cicho. Niechętnie się odsunęliśmy i za ręce podeszliśmy do stołu, gdzie stały przyszykowane kieliszki z alkoholem. Jace podał mi jeden i sobie także. Inni widząc to z uśmiechem dołączyli.

- Jeden kieliszek na pewno nie zaszkodzi - zaczęła cicho Maryse, sięgając po naczynie, ale Robert złapał jej rękę, patrząc na nią ostrzegawczo. Podał jej szklankę z sokiem. Brunetka sapnęła niezadowolona, ale przyjęła szklankę.

- Witaj w klubie - powiedziała Mia, zderzając swoją szklankę z sokiem z Maryse. Każdy parsknął śmiechem.

- Cóż - odezwała się Celine, patrząc na mnie i na Jace'a. - Chciałabym wznieść toast za was oboje. Po tym wszystkim co przeszliście, zasługujecie na szczęście. Cieszę się Clary, że to na ciebie padło, aby zostać moją synową. Wiem, że zajmiesz się moim synem dobrze. Jeszcze raz witaj w rodzinie Herondale'ów! - Uniosła kieliszek, a inni jej zawtórowali. Upiliśmy łyk, kiedy do namiotu wpadli zdyszani Alec i Magnus. Dopiero teraz się zorientowałam, że uciekli gdzieś podczas tańca.

Jak gdyby nigdy nic poprawili marynarki i także sięgnęli po kieliszki. Spojrzałam pytająco na Jace'a, ale ten tylko starał się nie uśmiechnąć, mówiąc cicho:

- Byli zajęci.

Parsknęłam śmiechem.

No proszę, kiedy nasza miłość rozkwitła, to miłość Aleca i Magnusa powoli zaczynała. Niezręczną ciszę przerwał czarownik. Uniósł swój kieliszek. Alec poszedł w jego ślad.

- Wasze zdrowie, pączusie! Niech wam się wiedzie bez potrzeby użycia garnków, patelni i wałka!





Następny był tort. Wspólnie z ukochanym pokroiliśmy go na kawałki. Pierwszy kęs daliśmy sobie wzajemnie.

Zasiedliśmy wszyscy do stołów, zaczynając jeść. Dania były przepyszne. Maryse się spisała, nie ma co. Ja i Jace karmiliśmy się praktycznie cały czas.

- Jeżeli się ubrudzisz, jestem gotowy to z ciebie zlizać - powiedział. Wybuchłam śmiechem.

- Ja też, choć nie wiem czy to przystoi na weselu.

- To nasze wesele, słońce. Będziemy robić co nam się żywnie podoba. Do tego dochodzi jeszcze miesiąc miodowy.

Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.

- Jedziemy na miesiąc miodowy?! - spytałam. 

- Oczywiście, a co myślałaś?

- Myślałam, że musimy wyjechać do Bułgarii jak najszybciej, abyś mógł przejąć obowiązki.

- Szef tamtejszego instytutu zgodził się robić papierkową robotę jeszcze miesiąc zanim przejdzie na emeryturę.

- W takim razie, gdzie mnie zabierasz? - spytałam, nachylając się, aby pocałował go w policzek.

- To niespodzianka.

- Podpowiedź - zażądałam.

- Morski błękit - oznajmił i wstał, wyciągając do mnie ręce. - Więcej ze mnie nie wydusisz, a teraz chodź.

Spojrzałam na niego pytająco, ale on jedynie uśmiechnął się szerzej. Podałam mu ręce i pozwoliłam się wyprowadzić na zewnątrz. Za nami wyszedł Alec i pobiegł w stronę posiadłości. W ciemności zniknął mi z oczu. Wrócił dopiero po chwili... prowadząc za sobą coś wielkiego. Potężnego. Potrzebowałam co najmniej kilkunastu sekund zanim się zorientowałam, że parabatai Jace'a ciągnął za sobą konia    dużego, silnego, czarnego niczym smoła.

Rozdziawiłam usta i wytrzeszczyłam oczy. Przyłożyłam dłoń do ust, czując jako moje serce zaczyna walić szybciej.

Brunet oddał specjalnie przystrojoną na złoto uzdę Jace'owi, zaś ten oddał ją mi.

- Na Anioła - szepnęłam, dotykając gładkiego nosa zwierzęcia. Spojrzałam z niedowierzaniem na Jace'a i na Aleca. Brunet jednak tylko uniósł ręce ze śmiechem, tłumacząc się:

- Dziękuj mężowi, wysłał mnie po konia, bo nie chciał sobie brudzić rąk. - Spojrzałam z rozbawieniem na Jace'a i rzuciłam mu się na szyję.

- Przecież wiesz, że nie musiałeś!

- Musiałem, masz wielką posiadłość i żadnego konia. Ciągle wypożyczasz. Powinnaś zacząć używać tą staj... - Przerwałam mu pocałunkiem. 

- Jest piękny, dziękuję - wyszeptałam, po czym ponownie spojrzałam na konia. - Ma jakieś imię?

- Arctos.

- Czyli Chłód Północy - przetłumaczyłam, ponownie dotykając zwierzęcia. - Nie mogę się doczekać, aż na niego wsiądę. W każdym razie, ja też nie zapomniałam o prezencie ślubnym.

Nadal nie mogąc przestać się uśmiechać, przywiązałam Arctosa do gałęzi i poprowadziłam Jace'a z powrotem do namiotu, gdzie inni przeszli z powrotem na parkiet i bawili się w najlepsze. Podeszłam do stołu, gdzie było kilka prezentów od innych. Wzięłam nieduże, podłużne pudełko i podałam je ukochanemu.

- Mam nadzieję, że to nie wałek - powiedział, otwierając pudełko. W środku był sztylet, który został wykonany przez Żelazne Siostry specjalnie na moje zamówienie. Jasna stal o złotej rękojeści wysadzanej rubinami. Pochwa na broń była również ozdobiona.

- Ale uprzedzam - powiedziałam, widząc jego osłupiałą minę. Dotknęłam jego ramienia. - Wałek i tak mam, więc jeżeli będę zła to ten sztylet i tak ci nie pomoże.

- To robota Żelaznych Sióstr, prawda? - spytał, wyciągając broń. Palcem przejechał po boku ostrza jak i rękojeści.

- Tak - kiwnęłam głową. - Ten sztylet został zrobiony specjalnie dla ciebie.

- Jest wspaniały, dziękuję kochanie - powiedział i pocałował mnie namiętnie. Objęłam go, oddając pocałunek.





***




Kolejne godziny przetańczyliśmy wraz z pozostałymi. Oczywiście nie obyło się też bez zabaw. Jedną z nich było rozpoznanie panny młodej przez dotyk nogi. Pan młody musiał zasłonić oczy i dotykać po kolei nogi każdej z obecnych kobiet, w tym Mii. Ja byłam ostatnia, a Maryse przede mną. Kiedy Jace doszedł do Maryse, dotknął jej nogę, powiedział, że ta noga jest zdecydowanie za duża. Biedak będzie żałował do końca życia, że się nie ugryzł w język. Brunetka strzeliła go płaską dłonią w głowę tak mocno, że upadł na podłogę.

- Mamo, miej dla niego litość! - powiedział Alec, aż zwijając się ze śmiechu.

- Gdyby było inaczej już by nie żył! - warknęła Maryse, patrząc morderczo na Jace'a, kiedy ten zdjął zrezygnowany opaskę, rozmasowując obolałe miejsce. Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Uklękłam przed Jacem, całując go w policzek.

- Ta ciąża jej nie służy - mruknął.


Wkrótce nadszedł czas, abyśmy się udali na nasz miesiąc miodowy. Razem z Jace'm wyszliśmy na dwór, trzymając się za ręce. Pożegnaliśmy się czule z pozostałymi, po czym Magnus zaczął otwierać bramę. Ciekawość zżerała mnie od środka. Co Jace mógł wymyślić? Morski błękit, morski błękit... Może Karaiby? Albo Malta? 

Portal był już niemal gotowy, kiedy zdałam sobie z czegoś sprawę.

- Jace, nasze rzeczy! - krzyknęłam.

- Wszystko załatwiłem, o to się nie martw - powiedział z uśmiechem.

Odetchnęłam z ulgą, mocniej ściskając jego dłoń. Odwróciłam się ostatni raz, aby pomachać pozostałym.

- Dziękuję! Dziękuję wam za wszystko! - krzyknęłam. Poczułam, jak Jace całuje mnie w policzek. W tym samym czasie weszliśmy w portal.




Chwile później grunt pod moimi stopami stał się dziwnie nierówny. Czułam wiatr na twarzy, zapach morza, a do moich uszu dobiegł szum fal.

Otworzyłam powoli oczy. Wciąż trzymając Jace'a za rękę, rozejrzałam się dookoła; byliśmy na plaży, a dokładnie na jakieś wyspie. Chociaż było już ciemno, widziałam morze i czułam piach pod nogami. Nieco dalej dostrzegłam biały dom, który został oświetlony. Dom był osadzony na niewysokich skałkach, których było tutaj pełno dookoła. Tak samo jak ubogiej roślinności i gór. Stąd można było zobaczyć daleko światełka, które zapewne dochodziły od tutejszego miasteczka.

Spojrzałam pytającym wzrokiem na Jace'a.

- Gdzie jesteśmy?

- W Grecji - odpowiedział, otaczając mnie od tyłu ramionami. - Na Karpatos.

- Jest pięknie - powiedziałam i wskazałam palcem w stronę domu. - Tam się zatrzymamy?

- Owszem - oznajmił i zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, już byłam w powietrzu. Pisnęłam z zaskoczenia.

- Potrafię chodzić!

- Myślałem, że chcesz mieć męża, który będzie cię na rękach nosił! - zaśmiał się.

- Padniesz mi tu zaraz!

- Jesteśmy małżeństwem dopiero kilka godzin, jeszcze taki stary nie jestem!

Mój mąż poniósł mnie, aż do drzwi biało niebieskiego domu. Nogą otworzył je, po czym wniósł mnie do środka. Postawił mnie dopiero wtedy. Rozejrzałam się po mieszkaniu. Był to piękny dom o dużej kuchni, salonie, łazience i oczywiście sypialni z widokiem na morze. Ścianę przed łóżkiem zajmowało praktycznie jedno duże okno. Wnętrze było urządzone przytulnie i kolorowo; najwięcej w barwach błękitu i niebieskiego.

Stanęłam przed oknem sypialni, podziwiając widok; widać stąd było nie tylko morze, ale także góry i miasto w oddali. Przepięknie.

Właśnie wtedy poczułam, jak jego ciepłe dłonie oplatają mnie od tyłu w pasie. Oparł głowę o moje ramię.

- Dlaczego płaczesz? - spytał. Dopiero wtedy się zorientowałam, że obraz zaczął mi się zamazywać przed oczami. Kilka łez spłynęło po moich policzkach.

Wzruszyłam ramionami.

- To takie dziwne - wyjaśniłam. - To wszystko wydaje się być snem; ślub, wesele i to wszystko...

Jace odwrócił mnie do siebie i ujął moją twarz, scałowując łzy z mojej twarzy.

- To jest prawdziwe - szepnął, gładząc kciukami moje policzki. - Ty jesteś prawdziwa. Ja jestem prawdziwy. Wszystko się dzieje naprawdę.

- Boję się...

- Wiem - przerwał mi i mocno mnie przytulił. Przycisnęłam twarz do jego ramienia. - Ale będzie dobrze. Wiem to. Czuję to.







◊ Jace 





Chociaż trudno mi było patrzeć na te łzy, wiedziałem, że jej reakcja jest normalna. Bo mimo iż miłość nie była jej już obca, to szczęście i poczucie bezpieczeństwa owszem.

Jej dzieciństwo, a także prawie całe jej życie były przepełnione cierpieniem i strachem. Clary nie miała w sobie demonicznej krwi dopiero od około roku. Dopiero uczyła się nowych uczuć. Dopiero się zagłębiała. Dopiero poznawała wszystko to, za co kiedyś Valentine by ją ukarał.

Była tym samym miłością mojego życia... teraz moją żoną. Przysięgałem ją chronić i będę to robił, choćbym sam miał skończyć w piekle.

- Wciąż się zastanawiam dlaczego ja - wyszeptała, odsuwając się nieco ode mnie tak, aby móc spojrzeć mi w oczy. - Co ty we mnie widziałeś?

- Co nadal widzę - poprawiłem. - Widzę w tobie swojego anioła, Clary. Pamiętasz, co mówił dzisiaj Cichy Brat; drugą połówką. K o c h a m cię.

Jej zielone oczy lśniły od łez, które na szczęście przestały już płynąć. Wyglądała teraz tak pięknie; anioł w świetle księżyca. Dłonią sięgnęła po ozdobę w swoich włosach i ją wyjęła. To samo zrobiła z pozostałymi spinkami, aż loki opadły niczym płachta. Schowałem jej niesforny lok za ucho i ją pocałowałem. Mocno. Namiętnie. Oddała pocałunek, ale po chwili znowu się odsunęła. Z lekkim uśmiechem na twarzy sięgnęła do mojej muszki, którą zaczęła rozwiązywać. Nie mogłem nie odwzajemnić uśmiechu.

Kiedy pomogła mi zdjąć marynarkę, zabrałem się za jej suknie. Odwróciła się do mnie plecami, włosy przerzucając na bok, aby ułatwić mi dostęp do zamka. Powoli zacząłem go rozpinać. Materiał po obu stronach zaczął się rozstępować, ukazując gładką powierzchnię skóry jej pleców. Suknia cicho opadła na podłogę, pozostawiając ją jedynie w cielistej bieliźnie, butach i koronkowej, błękitnej podwiązce. Dotknąłem jej ramion, podczas gdy ona odwróciła się, aby zająć się moją koszulą. Myślałem, że rozepnie guzik po guziku. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy jednym mocnym ruchem rozerwała materiał. Dźwięk spadających guzików na podłogę tylko na chwile mnie rozproszył, bo właśnie wtedy rzuciła się na mnie z pocałunkiem. Łapiąc ją za oba uda, uniosłem w powietrze, nie odrywając od siebie naszych warg. Oplotła mnie nogami, kiedy niosłem ją w stronę łóżka.

Wiedziałem, że jeżeli była jakakolwiek cegiełka z muru, który budowała wokół swojego serca przez te wszystkie lata przez Valentine'a, to dzisiaj miała ona ulec całkowitemu zniszczeniu. Dopilnuję tego.












No i kolejny rozdział! Postanowiłam się zebrać i napisać dzisiaj kolejny, ponieważ jestem wam to winna po dłuuugiej nieobecności! Mam nadzieję, że rozdział się podobał ;)

Bardzo chciałabym wam podziękować za motywujące mnie komentarze i wyświetlenia. Jesteście motywacją do dalszego pisania i chęci do dzielenia się z wami jedną z moich wersji DA! <3 <3 <3

No i teraz smutna wiadomość: do końca bloga zostało nam już chyba 2-3 rozdziały, w tym epilog :(( Jak myślicie, jakie będzie zakończenie? ;D A jakie wy byście dali, gdyby to od was zależało? Ja już mam wszystko zaplanowane, ale ciekawa jestem, jaka jest wasza wersja?

Zachęcam do podzielenia się!!!

piątek, 24 listopada 2017

Rozdział 12 Jedność





◊ Clary 




18 kwietnia



- Brzoskwinia czy delikatna czerwień? - Maryse uniosła dwie pomadki, patrząc pytająco na Marię Carstairs, która tymczasem z tyłu czesała i upinała pasma moich włosów. Obie tak się przejęły, że nawet nie pozwalały mi spojrzeć lustro. Zasłoniły je prześcieradłem i kazały tylko siedzieć na krześle i być cicho. Więc się siedziałam, nerwowo bawiąc się palcami. Nerwy zżerały mnie od środka.


To dzisiaj...

Zaraz...

- Delikatna czerwień - powiedziała Maria, nie zaprzestając swoich ruchów nawet moment. Tymczasem Maryse otworzyła daną pomadkę, nakładając ją na moje usta. Chwile potem odsunęła się patrząc na mnie szerokim uśmiechem.


- Gotowe, wyglądasz wspaniale! - krzyknęła i zawołała Celine, aby ta oceniła jej dzieło. Blondynka podzieliła jej opinię, całując mnie szybko w czoło. Uśmiechnęłam się.


- Maria, za ile skończysz? Suknia już czeka - powiedziała Celine.


- Już nie długo! Daj mi pięć minut. - Tak, jak obiecała tak było; już po chwili dostałam pozwolenie, aby wstać z krzesła. Zrobiłam to z ulgą mogąc nareszcie rozprostować nogi. Kiedy się odwróciłam, za mną na parawanie wisiała już suknia ślubna; złota, z jedwabiu o starannie wykonanej, koronkowej górze. Na jej widok uśmiechnęłam się. Byłam gotowa ją włożyć, jak nigdy dotąd. Ona także wydawała się czekać, dlatego ściskając pasek szlafroka, podeszłam bliżej niej. Kobiety pomogły mi się w nią przebrać, abym nie uszkodziła makijażu, fryzury czy samej kreacji.


Pod koniec wystarczyło już tylko zrobić ostatnie poprawki: poprawić włosy, ułożyć materiał sukni i włożyć buty. Maria przyniosła mi granatowe pudełko, w którym były złote obcasy. Każdy obcas oplatała złota winorośl. Były przepiękne. Kobieta pomogła mi je ubrać. Chyba jeszcze nigdy nie czułam się tak wysoka.


- No - odetchnęła Maryse, gładząc swój brzuch. Razem z innymi stanęła z boku, mierząc mnie wzrokiem. Kobiety wyglądały równie wspaniale. Celine miała na sobie brzoskwiniową, prostą sukienkę bez ramiączek. Maria chabrową na ramiączkach do kolan, a Maryse ciemnozieloną, ciążową do kostek z długimi rękawami.


Blondynka z uśmiechem podeszła do lustra przede mną, aby ściągnąć z niego prześcieradło. Kiedy materiał opadł na ziemię, mój uśmiech powoli zaczął gasnąć. Poczułam, jak moje serce przyśpiesza. To nie siebie widziałam w lustrze. O nie. To była moja matka. Wyglądałam identycznie, jak ona na jej starych zdjęciach z młodości. Wyglądałam pięknie, niewinnie i dziewczęco, a zarazem dojrzale. Czułam się naprawdę pięknie i nikt nie mógł mi wmówić, że jest inaczej.


- Nie podoba ci się? - spytała ze strachem Maria.


- Nie o to chodzi - mruknęłam i pociągnęłam nosem, czując jak łzy powoli napływają do moich oczu. - Wyglądam jak Jocelyn.


Oczy dziewczyny w lustrze błyszczały. Włosy miałam upięte częściowo, bardziej z boku głowy, a w upięcie została włożona ozdoba z małych kwiatków i kilku perełek. Wydawało się, jakby to ozdoba podtrzymywała całą fryzurę choć w rzeczywistości wiedziałam, że Maria musiała użyć jeszcze kilku niewidzialnych spinek i lokówki, aby poprawić loki.


Makijaż także był wspaniały; naturalny, ale bardzo podkreślający atuty mojej twarzy.


No i suknia.

Ślubna.
Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek w życiu ją założę.

Valentine potępiał nawet śluby. Były one dla niego tylko sposobem na sojusz lub zawarciem jakiejś umowy.


- Jestem pewna, że byłaby z ciebie dumna i że jest przy tobie w tej chwili, chociaż jej nie widzisz - powiedziała Celine i podeszła, aby pogładzić mój policzek. Z uśmiechem wzięła od Maryse bukiet kwiatów, które wszystkie razem tworzyły wspaniałe odcienie fioletu. Jeden z kwiatów był identyczny co ten, który kiedyś Mia dała mi w oranżerii. Lilin. Wzięłam bukiet.


- Chodźmy już - powiedziała Maryse. - Już czas, nie każmy młodym czekać, w końcu nie wiedzieli się tydzień. Prawie. Jace już raz się z nią widział, a wczoraj przyłapałam go, jak wspinał się po rurze do jej okna. Najchętniej wytargałabym go za uszy, ale musi jakoś wyglądać.


Parsknęłam śmiechem i ruszyłam do drzwi, poprawiając przy tym pierścionek z kamienia księżycowego.











Jace 





- Oficjalnie stwierdzam, że śluby wcale nie są takie fajne - powiedziałem, zerkając ukradkiem do tyłu na Aleca. Ten jednak tylko przewrócił oczami.

- To, że dostałeś po łapach od Mii, nie znaczy, że nie są fajne.

- Zabroniła mi jeść muffinki! - syknąłem, zerkając na stół z wystawnymi deserami. - Na moim własnym ślubie!

- Będziesz mógł, ale dopiero potem, jak przyjdzie na to pora.

- Czekałem na to całe cholerne wesele cały tydzień. Nie wolno mi się było widywać z Clary, a teraz nie wolno mi jeść jedzenia na moim weselu. Gdzie tutaj jest fajnego?!

- Nie przesadzaj. - Zmroziłem go wzrokiem, kiedy on tym czasem tylko lekko się uśmiechnął, zerkając na Magnusa, który rozmawiał nieco dalej z moim ojcem.

- I kto to mówi, to nie ty miałeś tygodniowy szlaban na widywanie się z ukochanym - powiedziałem. Cichy Brat, który stał obok mnie, tylko patrzył przed siebie, choć wiedziałem, że doskonale mnie słyszy. 

Rozejrzałem się szybko po namiocie; stoły, złotawe nakrycia i ozdoby wyglądały magicznie. Świece i zawieszone na specjalnie unoszących się w powietrzu gałęziach (dziękujemy Magnusie) lampki, dodawały magicznego uroku. Drewniany parkiet błyszczał od ich blasku. Muzyka miała być grana z dwóch ukrytych w rogu głośników. Już teraz było słychać wydobywające się z nich ciche dźwięki pianina.

Jeszcze tylko chwila...

Chwila i zaraz ją zobaczę...

- Już czas! Wszyscy na miejsca! - oznajmił nagle Magnus. Dostrzegłem, jak do namiotu wchodzą Maria i Celine. Poszły zająć miejsca do stolików wraz z mężami. 


Wziąłem głęboki oddech, stając prosto.


- Gotowy? - spytał cicho Alec.


- Jak nigdy dotąd - odpowiedziałem.










◊ Clary 




- Gotowa? - spytała Maryse, poprawiając z tyłu moją suknie.

- Jak nigdy dotąd - odpowiedziałam, nabierając głębokiego oddechu. Serce waliło mi, jak oszalałe, a uśmiech nawet nie myślał się zmniejszyć.

Na Anioła...









Jace 





Na pierwszy rzut oka, nie poznałem jej, kiedy stanęła pewnie na progu wejścia do namiotu. Dopiero, kiedy jej wzrok odnalazł mój, zrozumiałem, że to ona; tak piękna, że żaden inny anioł nie mógłby jej dorównać.

Moja Anielica...


Kiedy kroczyła powoli w moją stronę, złota suknia poruszała się wraz z nią przypominając wodę; lekko naruszoną taflę wody. Zupełnie, jakby płynęła.

Patrząc na nią, nie mogłem uwierzyć, ile razem musieliśmy przejść, aby dożyć tej chwili. Pierwsze spotkanie na balu, pierwsza rozmowa, chwila w oranżerii, gdy razem graliśmy na pianinie, a potem kiedy uratowałem ją po tym, jak zaczęła się topić w morzu. Chwile pierwszego pocałunku, objęć, zwierzeń, pierwszych łez. Ran, straty, bólu, miłości, wojny... śmierci.


Wspomnienia tylko sprawiły, że miałem ochotę do niej podbiec i ją objąć. Objąć i nigdy nie puszczać. C h r o n i ć.










◊ Clary 





Choć moje serce biło, jak oszalałe. Oddychałam głęboko, starając się w myślach liczyć kroki. Właśnie, starałam się, ale moje myśli pędziły tylko do Jace'a. Sekunda zdawała się być godziną, a godzina wiecznością...

Już blisko...

Jeszcze parę kroków...

Był tak blisko. Stał przy ołtarzu, czekając na mnie    czekając, aż staniemy się jednością na wieczność. Do śmierci, po śmierci.


W momencie, kiedy nareszcie wyciągnął do mnie dłoń, a nasza skóra się zetknęła, niemalże wszystkie wspomnienia we mnie eksplodowały; wszystko stanęło mi przed oczami, od pierwszego spotkania po obecną chwilę.


Oddałam kwiaty Maryse.


Ciepło jego dłoni, nieco mnie uspokoiło. Stanęliśmy na przeciwko siebie, patrząc sobie w oczy. W tej chwili nawet nie potrzebowaliśmy słów. Wystarczył dotyk i spojrzenie.


Głoś Cichego Brata rozległ się w naszych głowach:


"Kiedy Anioł Razjel stworzył Jonathana Nocnego Łowce, o prócz trzech darów, zesłał mu także runy, które przez wieki zdobiły ciała nasze i naszych przodków. Biorąc pod uwagę to, że jesteśmy wojownikami, zesłał nam runy, które pomagały nam walczyć z wiecznymi wrogami. Pamiętał jednak, że jesteśmy także ludźmi    ludźmi, którzy mają także serce, które ma swoją drugą połówkę. Jak wiemy, tylko nieliczni mają zaszczyt ją odnaleźć i przyjąć jedną z dwóch run, które choć podobne do innych, tak naprawdę są najpotężniejsze, bo łączą te dwie połówki w jedno. Takimi połówkami są dzisiaj Clarissa Adele Morgenstern i Jonathan Herondale. Zebraliśmy się dzisiaj, aby być świadkami tego, jak łączą się w jedno poprzez runę równej runie parabatai    runę miłości."


Razem z Jace'm oderwaliśmy wzrok od Cichego Brata, aby spojrzeć na siebie. Nie mogliśmy się powstrzymać od uśmiechu i mocniejszego ściśnięcia dłoni. Z trudem przełknęłam ślinę.


"Czy świadkowie potwierdzając swoją obecność?"


- Potwierdzamy - odpowiedzieli w tym samym czasie Alec i Maryse. Tak, Maryse była moim świadkiem. Uznałam, że będzie najodpowiedniejszą osobą.


"Powtarzajcie za mną"




Cała reszta formułki poszła tak, jakbyśmy znali ją na pamięć i mówili sobie każde słowo od serca. Bo tak było.




- Ja, Clarissa Adele Morgenstern...

- Ja, Jonathan Herondale...


- Biorę ciebie za męża...

- Biorę ciebie za żonę...


- ... i przysięgam ci być przyjaciółką, żoną...

- ... i przysięgam ci być przyjacielem, mężem...


- Przysięgam być ci lojalną i cię miłować.

- Przysięgam być ci lojalnym i cię miłować.


- W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w biedzie, w walce czy w spokoju, gotowa będę oddać za ciebie życie. Twoja krew, moją krwią. Serva me, servabo te*.

- W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w biedzie, w walce czy w spokoju, gotów będę oddać za ciebie życie. Twoja krew, moją krwią. Serva me, servabo te*.


- ... do śmierci i po śmierci, Anioł niech mi będzie świadkiem.

- ... do śmierci i po śmierci, Anioł niech mi będzie świadkiem... i niech mnie piekło pochłonie, jeżeli spojrzę na inną. - Na końcówkę uniósł się dźwięk cichych chichotów. Ja też nie mogłam się nie uśmiechnąć.

"Naznaczcie się runami miłości, przypieczętowując słowa przysięgi."


Odwróciłam się, aby wziąć stele od swojej świadkowej. Następnie rozpięłam kilka guzików koszuli Jace'a, aby następnie przyłożyć przedmiot do jego skóry i precyzyjnie wypalić na niej runę miłości    wieczny znak tego, że od teraz będziemy jednością. Nawet nie drgnął, kiedy to robiłam. Widziałam jednak uśmiech na jego twarzy.


Kiedy skończyłam rysować runę, chciałam się odsunąć, ale Jace szybko złapał mój nadgarstek i ucałował dłoń, w której nadal trzymałam stele.


Posłałam mu uśmiech, po czym oddałam przedmiot Maryse. Teraz blondyn wziął od Aleca swoją pamiątkę, a następnie lekko odchylił koronkę przy dekoldzie sukni. Oddychałam głęboko, starając się oddychać przez nos. Kiedy czubek steli zaczął kreślić runę, patrząc mi tym samym w oczy. Złote tęczówki niemalże mówiły "na zawsze".


Cała chwila kreślenia sobie run, trwała zapewne jakąś minutę... ale dla mnie sekunda zdawała się być godziną... wiecznością, która wciąż wydawała się być zbyt krótka.


"Runy zostały nałożone, a dwa serca, dwa ciała i dwie dusze, stały się jednością. W imieniu Anioła Razjela, ogłaszam was mężem i żoną. Niech runa zdobiąca waszą pierś, będzie tego dowodem."


Cichy Brat ledwie skończył swoją formułkę, kiedy ramiona Jace'a przyciągnęły mnie do siebie. Teraz nasze usta także stały się jednością. Jedną wspaniałą jednością. My byliśmy j e d n o ś c i ą.

Był  m ó j.

Byłam  j e g o.
Należeliśmy do  s i e b i e.

Teraz.

Na zawsze.






***





Celine rzuciła się na nas jako pierwsza. Przytuliła nas mocno, oboje wycałowując i gratulując.

- Witaj w rodzinie - powiedział Stephen z szerokim uśmiechem, kiedy jego żona, a moja nowa teściowa się odsunęła. Wyściskał mnie i w ojcowskim geście ucałował w policzek.

Maryse i Robert także nie szczędzili uścisków i gratulacji, zupełnie tak jak i Carstairsowie oraz Magnus z Alekiem. Parabatai Jace'a wyściskał go, podczas gdy Magnus sprawił, aby z jego palców na naszą cześć wystrzelił deszcz kolorowych iskierek.

- Gratulację, pączusiu! Z małej dziewczynki stała się panna młoda! - powiedział.

- Przypomnij mi potem, aby cię poprosiła o zmianę mojego przezwiska - powiedziałam się, unosząc dłoń, chcąc złapać iskry. Te jednak opadały, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

- Clary!!! - odsunęłam się od ściskającego mnie teraz Aleca, kiedy zauważyłam Mię przepychającą się przez dorosłych; Nie starając się być miłą, odpychała ich na boki, aby utorować sobie przejście. Rzuciła się mi i Jace'owi na szyję, a my wzięliśmy ją wspólnie na ręce.

- Ja wiedziałam, że będziecie razem - oznajmiła z uśmiechem i odwróciła głowy do pozostałych. - Już wtedy, kiedy Clary groziła Jace'owi, krzycząc na cały instytut, że wyrwie mu serce i powiesi na najwyższym szczycie instytutu.

Każdy obecny (z wyjątkiem odchodzącego Cichego Brata) wybuchł śmiechem.

- Już wtedy zachowywali się jak stare dobre małżeństwo - zgodziła się Maryse.

- Będzie się działo przez następne lata, nie ma co - uśmiechnął się Jace, kiedy odstawiliśmy Mię. - Ale na dobry początek! - krzyknął po chwili i zanim zdążyłam się zorientować, już trzymał mnie w powietrzu.

- Jace! Nie! - krzyczałam, śmiejąc się wniebogłosy.

- Tak, tak! Pierwszego tańca nie odpuszczę! - odpowiedział. Postawił mnie dopiero na parkiecie. Podczas, gdy inni poszli zasiąść do stołu. Muzyka w tle się wzmocniła, przyjmując dźwięki romantycznego pianina.

Jace odsunął się ode mnie o krok i wyciągnął dłoń, starając się przyjąć udawany poważny wyraz twarzy.

- Żono.

- Mężu - odpowiedziałam, niemalże czując motylki w brzuchu, wymawiając słowo "mąż".

Podałam mu dłoń, ustawiając się do pozycji tanecznej. Zaczęliśmy się poruszać w delikatny, wolny, zmysłowy rytm muzyki; raz kiwając się na boki, robiąc obrót lub stawiając przypadkowe kroki.

Nie było dla mnie ważne, jak tańczymy. Najważniejsze, że razem. I tylko to się liczyło.

Dotyk.
Oddech.
Widok.
Zapach.








Jace 




Nie potrzebowała skrzydeł.
Nie potrzebowała białej sukni.
Nie potrzebowała aureoli.

Nie potrzebowała żadnych z tych rzeczy, abyś być aniołem.
Ona już nim była.
Była.
Jest.
Będzie.

Moim aniołem...

- Mam wrażenie, że musiałem czekać wieczność na tę chwilę - odpowiedziała, odnajdując mój wzrok. Popatrzyłem w jej szmaragdowe oczy, składając delikatny pocałunek na jej czole.

- Ja też, słońce - odpowiedziałem.

- Czuję się, jak w bajce; spokój, szczęście, miłość. Tak piękne, że aż nierealne.

- A jednak - uśmiechnąłem się, unosząc jej dłoń, aby zrobiła piruet.

- A teraz przyznaj się, Herondale - zaśmiała się. - Ile razy faktycznie starałeś się wkraść do mojego pokoju przez ostatnie siedem dni? Maryse strzela, że dwa.

- Cztery - poprawiłem z dumnym uśmiechem, ale zaraz po tym westchnąłem. - Niestety, tylko jeden raz mi się powiodło. Na każdym kroku mnie pilnowali. Szczególnie Alec; nie chciał, aby Maryse obiła mi twarz patelnią.

- Na szczęście nie będziesz się już musiał bać patelni, kiedy będziesz chciał się ze mną spotkać.

- Dla ciebie poruszyłbym niebo i piekło.

- Wiem. Oboje byśmy to dla siebie zrobili... i już zrobiliśmy... w pewnym sensie. Lilith i Seraphina zapewne są na siebie wściekłe za to - przypomniała, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Oboje nie potrafiliśmy.

- Kocham cię, Clarisso Herondale - wyszeptałem, bardziej się do niej zbliżając.

- A ja ciebie, Jasie Herondale - odszepnęła, opierając głowę na moim ramieniu.



Wzrokiem przemierzyłem namiot, spodziewając się, że wszyscy jeszcze jedzą, ale okazało się, że tańczą. Tylko Magnus i Alec dyskretnie się oddalili na zewnątrz. Mia tymczasem krążyła po namiocie z aparatem w dłoniach.


                                                                

* Uratuj mnie, a ja uratuję ciebie.

sobota, 28 października 2017

Rozdział 11 Pamiątka

◊ Clary 





Od zakończenia wojny minęły trzy miesiące. Tak jak obiecał mi Jace, wyjechaliśmy na jakiś czas po za Idris. Dokładnie do Londynu. Zatrzymaliśmy się w tamtejszym instytucie, spędzając wolny czas na wspólnych treningach i spacerach. Z dala od burzy politycznej, która zapewne panowała w tej chwili u Clave. Potrzebowaliśmy trochę wytchnienia. Zamiast martwić się dalej o innych, pozwoliliśmy sobie pomyśleć o sobie samych.

W czasie pobytu w Londynie zdołałam się nawet dowiedzieć więcej o sławnych Herondale'ach; historia o Willu Herondale'u i Tessie Gray sprawiła, że jeszcze bardziej nie mogłam się doczekać oficjalnego przyjęcia nowego nazwiska.

Jednak przed wyjazdem do Anglii nie obyło się bez łez; pogrzeb poległych nie był dla nikogo z nas łatwy. W szczególności dla Lightwood'ów i Carstairs'ów. Biedna Maryse nie potrafiła odsunąć się od ciała córki po położeniu z mężem róży na jej stosie. Robert musiał niemal siłą odciągać żonę, aby Cichy Brat mógł w spokoju rozpalić ogień. Podczas gdy Jace poszedł wspierać swojego parabatai, ja stałam z boku z Celine, Stephenem i Mią, i patrzyłam na twarz przyjaciółki, która już po chwili zniknęła przez obejmujące ją płomienie.

Carstairsowie stali wraz z Annabeth niedaleko stosu Paul'a. Podczas gdy jego rodzice płakali wtuleni w siebie, Annabeth stała prosto i patrzyła z mokrymi od łez policzkami, jak ciało ukochanego obraca się w popiół.

- Ave atque vale, Paul Carstairs - wyszeptałam, po czym przeniosłam wzrok na stos przyjaciółki. - Ave atque vale, Isabello Sophio Lightwood Morgenstern - wyszeptałam ponownie, zamykając oczy. Chciałam płakać. Chciałam okazać smutek, który pochłaniał mnie w środku tak samo, jak ten ogień pochłaniał stosy z martwymi. Ale zabrakło mi już łez. I sił. Tamta chwila była dla mnie już ostatecznym ciosem po wszystkich przeżyciach. Nie pamiętam co się stało potem, bo ocknęłam się dopiero w posiadłości Herondale'ów.

Celine tłumaczyła to zwykłym zemdleniem ze zmęczenia fizycznego.
Jace tłumaczył to zemdleniem ze zmęczenia psychicznego.

Ja tłumaczyłam to wyniszczeniem po stracie tak wielu bliskich. Słowa Valentine'a ponownie nabrały dla mnie innego znaczenia.

Koniec końców prawie trzy miesięczny odpoczynek za granicą, dodał mi sił więcej niż się spodziewałam. A dodał mi ich tyle, że po powrocie do Alicante, z uśmiechem zaczęłam planować swój ślub.

Ś l u b...


Nadal nie mogłam uwierzyć.
Miałam wyjść za mąż.
Mieć męża.
Nową rodzinę.

Chociaż temat dzieci nadal nie należał do przyjemnych, nie sprawiał mi już tyle bólu co wcześniej. Uzgodniliśmy z Jace'm, że jeżeli kiedykolwiek zechcemy założyć rodzinę, to zastanowimy się nad adopcją. Ale do tego było jeszcze daleko. Najpierw chcieliśmy nacieszyć się sobą. 







16 kwietnia


Wesele miało się odbyć w ogrodzie posiadłości Herondale'ów. Stephen i Jace osobiście rozkładali nieduży namiot, w którym przygotowano kilka stołów, parkiet, no i oczywiście ołtarz. W przygotowaniach pomagali wszyscy; Herondale'owie, Lightwood'owie, Carstairs'owie... a także Magnus, który nie miał zamiaru już ukrywać swojego zainteresowania Alec'em. Ostatnimi czasy byli ze sobą b a r d z o blisko.

Ślub miał być skromny; tylko najbliżsi. Praktycznie wszyscy ci, którzy pomagali w przygotowaniach. Brakowało tylko dwóch osób: Annabeth i Jonathana. Po powrocie z Anglii, dowiedziałam się, że dziewczyna wyjechała, ale nie nikomu nie powiedziała dokąd. Tłumaczyła to potrzebą odpoczynku. Co się tyczy Jonathana, nadal nie przysłał swojego adresu zamieszkania. W ogóle się nie odezwał. Miałam ochotę go odszukać, ale uznałam, że będzie lepiej, jeżeli zaczekam. On najwidoczniej nadal potrzebował czasu.



Podczas gdy mężczyźni pomagali w noszeniu mebli, my zajmowałyśmy się doborem i układaniem dekoracji: kwiaty, sztućce, kieliszki, talerze, serwetki, światła, obrusy, wstążki były przez nas szczegółowo dobierane po kilkugodzinnych dyskusjach. To zajęcie pomogło nam wszystkim oderwać się od natarczywych wspomnień sprzed kilku miesięcy. Nawet Maryse wydawała się być w swoim świecie, kiedy energicznie chodziła po namiocie z widocznym już ciążowym brzuchem, dopilnowując, aby serwetki nie odważyły się przesunąć choćby milimetr od wyznaczonego przez nią miejsca.

Na ten widok nie mogłam się nie uśmiechnąć. Dokładnie w tym samym czasie, poczułam, jak ktoś mi zakrywa od tyłu oczy. Nie było szans, abym nie poznała tego zapachu i dotyku.

Mój uśmiech się poszerzył.

- Jace - szepnęłam.

- Cii - syknął tuż przy moim uchu, po czym odsłonił mi oczy. Odwróciłam się do niego, ale w tym samym czasie pociągnął mnie na dół pod stół. Pod obrus.

- Jace - zaczęłam cicho z rozbawieniem, ale przerwał mi pocałunkiem.

- Jakby Maryse mnie zobaczyła, to osobiście rzuciłaby we mnie jednym z tych talerzy, które podobno wybierałyście kilka godzin - wytłumaczył i się uśmiechnął. - Nie mogłem już wytrzymać.

Tradycja nakazywała, aby para młoda nie widziała się przez siedem dni przed ślubem. Maryse i Celine bardzo kurczowo się tego trzymały i kiedy miałam gdzieś wyjść, one sprawdzały najpierw czy Jace'a nie widać na korytarzu. Nie mogłam nawet na niego popatrzeć z okna. Myślałam, że oszaleję, bo dni bez niego ciągnęły się niemiłosiernie.

- Tęskniłam za tobą - wyszeptałam, łapiąc go za rękę.

- Wytrzymałem już pięć dni bez ciebie i mogę stwierdzić, że wolę śmierć głodową niż jeszcze jeden dzień bez ciebie.

- Mogę powiedzieć to samo - odpowiedziałam. - Ale już za dwa dni będziemy razem.

- Owszem - kiwnął głową i pogładził mój policzek. Jego wzrok zaczął chodzić po mojej twarzy z fascynacją.
- Na zawsze - wyszeptał i ponownie mnie pocałował. Ten pocałunek był jednak delikatny, lekki niczym piórko. Ale, jak zawsze, pełen miłości.

- Idź już - powiedziałam, kiedy się od siebie odsunęliśmy. - Nie chcę, abyś miał złamany nos, kiedy Maryse cię zauważy.

- Spokojnie, nie złapie mnie. Nie może biegać z tym brzuchem.

- Jesteś tego pewien, Herondale? - Oboje znieruchomieliśmy na głos dochodzący tuż za obrusem. Blondyn pobladł, tylko ja odważyłam się wyjrzeć na zewnątrz, aby dostrzec stojącą jakiś metr dalej sylwetkę Maryse. Wyglądała na złą. I to bardzo.

- Jace - zaczęłam, zaciskając usta w cienką kreskę. Nie wiedziałam czy się śmiać czy bać.

- Masz pięć sekund, aby opuścić ten namiot, w przeciwnym razie mocno ci się dostanie - zagroziła i zaczęła głośno odliczać. Pobladły Jace dał mi szybkiego buziaka w nos i zniknął. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Wyszłam z pod stołu, otrzepując kolana.

- Tobie też powinno się dostać - powiedziała po chwili Maryse, patrząc na mnie z niedowierzaniem. - Ale odpuszczę ze względu na to, że dzisiaj twój wieczór panieński. Musimy się przygotować.

Na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech, podczas gdy mój opadł. Kobieta ujęła moje ramię, wyprowadzając z namiotu.

- O nie - zajęczałam.

- O tak! - odpowiedziała z entuzjazmem. Właśnie w tej chwili miałam wrażenie, że dotyka mnie Isabelle, a nie jej matka. Byłam pewna, że gdyby dziewczyna tutaj była, jej entuzjazm byłby równie wielki. W końcu to Isabelle. Poczułam smutek na myśl o niej.

- Nie mam nastroju na wieczór panieński!

- Nie ma czegoś takiego, jak "nastrój na wieczór panieński". To tradycja i koniec kropka! Celine już na pewno przygotowała szampana... i dla mnie piwo bezalkoholowe - oznajmiła nadal się uśmiechając. W jednej chwili podskoczyła, łapiąc się za brzuch.

- Co się dzieje? - spytałam lekko wystraszona, ale ona tylko ujęła moją dłoń i położyła na swoim brzuchu. Już miałam pytać o co chodzi, kiedy poczułam... ruch pod ręką.

- Czujesz? - szepnęła.

Pokiwałam skoncentrowana głową. Znowu ten ruch. Uśmiechnęłam się szeroko. Przyłożyłam także drugą dłoń. Pod nią także poczułam kopnięcie. Zaśmiałam się cicho. Było to cudowne uczucie, które sprawiło, że poczułam w środku ciepło.

- Mała Sophia też się już nie może doczekać twojego wieczoru panieńskiego!





***



Wieczór panieński.
Sama nazwa miała dla mnie niesamowicie dziwne znaczenie, co słowo "ślub".

Cała zabawa tego wieczoru miała się opierać po prostu na piciu w super krótkich piżamach, jakie przygotowała dla nas matka Paul'a, Maria Carstairs. Podczas gdy ja, Celine i Maryse szykowałyśmy w jednym z pokoi kieliszki i alkohol (i piwo bezalkoholowe), Maria wpadła z kilkoma siateczkami w dłoni. Podała każdej z nas jedną. Zajrzałam do środka i wyjęłam cienki materiał, który był czarną, koronkową koszulą nocną. Wszystkie miałyśmy bardzo podobny model dzisiejszego stroju.

Gdy odważyłam się w końcu w to przebrać, nie umiałam powstrzymać rumieńca. Celine puściła muzykę, podczas gdy Maria rozdała nam po kieliszku.

- Zdrowie naszej kochanej Clary, która musi spędzić swój wieczór panieński z kobietami, które są tuż przed czterdziestką! - oznajmiła Maryse, unosząc swój kieliszek.

- Z kobietami, które są dalej cholernie seksowne i których seksapil przewyższa mój kilkakrotnie! - poprawiłam ze śmiechem. Reszta zawtórowała mi i zderzyła kieliszki ze sobą. Jednym haustem opróżniłam naczynie, czując jak przyjemny smak szampana rozlewa się w gardle, pozostawiając po sobie ciepło.

- Rozmawiałam z Magnusem - powiedziała z uśmiechem Celine, dolewając każdej z nas więcej alkoholu. - Jutro przywiezie twoją suknie ślubną.

Uśmiechnęłam się i pociągnęłam mały łyk z kieliszka. Do mojej głowy powróciły wspomnienia z przed dwóch dni, kiedy razem z pozostałymi wybrałyśmy się do poleconego przez Magnusa sklepu z sukniami ślubnymi. We Francji, w Tours. Spędziłyśmy tam praktycznie cały dzień. Przymiarki, a przede wszystkim wybranie mojej "wymarzonej" sukni trochę trwało. Koniec końców wyszłyśmy ze sklepu zadowolone po złożeniu zamówienia. Moja kreacja miała być gotowa w ciągu kilku dni. Buty kupiłyśmy w sklepie obok.

- Ale zanim się rozkręcimy ten wieczór - zaczęła Celine z uśmiechem odkładając swój kieliszek. - Najpierw chciałabym ci coś dać.

Blondynka wyszła z pokoju, po chwili wracając z niedużym, podłużnym, białym pudełeczkiem. Podała mi je, kładąc czule swoją dłoń na moim ramieniu. Spojrzałam na nią niepewnie i także odłożyłam swój kieliszek. Wzięłam pudełeczko, ostrożnie je otwierając. Pod pokrywką kryła się stela z jasnego kryształu. Zamknięte w nim cząstki admasu błyszczały, gdy przechodziło przez nie światło. Wokół steli wiła się także admasowa liana z małymi, wyrzeźbionymi listkami.

Przełknęłam ślinę.

- To była moja ślubna stela. To rodzinna pamiątka. Stephen też ma taką, ale ciut inną - wytłumaczyła Celine, kciukiem lekko gładząc moje ramie.

- Jest przepiękna - powiedziałam, nie mogąc się napatrzeć na tak wspaniałe dzieło.

- Teraz jest twoja.

- Co?! - Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Zaczęłam kręcić głową. Chciałam oddać jej pudełko, ale nie ustąpiła.

- Jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Teraz twoja kolej jej użyć. Przekażesz ją swojej córce lub synowej, a one swojej - powiedziała i mnie przytuliła. Zaczęła gładzić moją głowę matczynym gestem. 

Myślałam, że moment, w którym poczułam, że naprawdę mnie zaakceptowali, nastąpił w Sali Anioła, gdy razem z Jace'm ogłosiliśmy nasze zaręczyny. Myliłam się. Ten moment był w tej chwili    w chwili, kiedy Celine oddała w moje ręce cząstkę rodu, do którego miałam dołączyć.