poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Rozdział 7 Rzeź

◊ Clary 





Wojna oznacza śmierć; pokonanie wroga jednym lub dwoma ciosami.

Tak przynajmniej sądziłam dopóki demony walczące po stronie Seraphiny nie zaatakowały. Gdy fala wroga na nas natarła, nie minęła minuta, a w powietrzu unosił się już zapach krwi oraz dźwięk rozrywanych ciał i łamanych kości.

Lata treningów i bolesnych doświadczeń nie dały rady powstrzymać niesmaku, który poczułam na ustach.

Zdecydowanymi ruchami nacierałam na przeciwnika, z każdą sekundą przesuwając się co raz bardziej do przodu. Dostanie się do Seraphiny okazało się być trudniejsze niż sądziłam; wbrew wyrównanej siły, kilkanaście tysięcy demonów do zabicia nie było takie proste.

Nie wiedziałam, ile już walczę. 
Może godzinę, może dwie.
A może pięć?

Wiem jedno; bardzo długo.
Siły mnie jednak nie opuszczały, wręcz przeciwnie, adrenalina rosła z każdym wysłanym przeze mnie do piekła demonem. Przy świadomości trzymał mnie również strach o Jace'a i reszty moich bliskich. Z każdym przypadkowym nadepnięciem na - jedną z wielu leżących na ziemi - kończynę, modliłam się, aby nie należała ona do nikogo z nich.

Zamiast potu, spływała po mnie krew.
Częściowo moja po przypadkowych draśnięciach, a częściowo posoka wroga. Jej palące właściwości także nie pozwoliły mi się zdekoncentrować.





Seraphina 





Stojąc daleko od głównego pola bitwy, obserwowałam niemo całe zdarzenie. Moje demony idealnie się spisywały.

Szybka śmierć byłaby litością z mojej strony...
A dla wrogów nie ma litości...
Na wojnie nie ma l i t o ś c i...

Odwróciłam głowę w bok, przyzywając do siebie Jonathana. Z ponurą miną podszedł z ręką nadal zaciśniętą na rękojeści.

- Chyba nie muszę ci mówić, co musisz zrobić - powiedziałam, kierując wzrok z powrotem na pole.

- Siostro - zaczął po chwili niepewnie, ale uniosłam rękę.

- Jeżeli ty tego nie zrobisz, to ja to zrobię. - Po moich słowach już się nie odezwał. Doskonale wiedział, że gdybym to ja wykonała za niego zadanie, nie powstrzymywałabym się. Nie kontrolowała. Pozwoliłabym jej umierać p o w o l i.

Jednak ja także coś wiedziałam.
Wiedziałam, że jeżeli będzie się ociągał, nie da rady tego zrobić.

Kiedy odszedł, przywołałam do siebie jednego ze stojących za mną demonów. Ukłonił się, sycząc cicho.

- Jeżeli będzie się wahał, pomóż mu - oznajmiłam beznamiętnie. Demon kiwnął łbem i odszedł, znikając w gęstwinach lasu.

Odwróciłam się w stronę pozostałych kilku demonów i uniosłam głowę. Pozwoliłam, aby moje oczy przepełnił ognisty blask.

- Już czas - oznajmiłam.





◊ Clary 





Cztery demony mnie otoczyły. Nerwowo obracałam się z mieczami w dłoni. Wszystkie cztery bestie były większe ode mnie i zaliczały się do silnych. Dwa z nich posiadały ogon z kolcem jadowym, zaś dwa kolejne wysuwające się szczęki pełne kłów.

Zaklęłam cicho pod nosem i zrobiłam obrót, wbijając bronie prosto w pierwsze cielsko. Ledwo co zdążył przekształcić się w popiół, a trzy pozostałe rzuciły się na mnie. Powtórzyłam poprzedni ruch, a także wykonałam kilka ataków, ale bestie z niemalże łatwością robiły uniki. W pewnym momencie poczułam, jak coś owija się wokół mojej nogi. Spojrzałam w dół widząc coś na kształt macki. Próbowałam się wyswobodzić, ale na nic się to nie zdało. Demony przestały mnie atakować. Spojrzałam na nie ze zdziwieniem. Nagle macka zacisnęła się jeszcze mocniej i pociągnęła. Upadłam na ziemie i zanim zdążyłam podnieść wzrok, coś ciężkiego uderzyło nie w głowę.

Wszystko ucichło...




◊ Isabelle 




Kilkadziesiąt metrów dalej, zdążyłam ujrzeć płomienne włosy. Niewątpliwie była to Clary. W jednej sekundzie poczułam ulgę, na myśl, że wciąż żyje. Ulga zniknęła jednak tak szybko jak się pojawiła; rudowłosa upadła, a cielska kilku demonów ją zasłoniły. Chwilowa panika i dekoncentracja dużo mnie kosztowały, ponieważ jeden z demonów zdołał przejechać pazurem po mojej twarzy. Mój policzek przeszedł piekący ból.

Jednym machnięciem bicza zabiłam demona. Elektrum opadło wokół mnie, będąc gotowe do ponownego użycia. Otarłam krew z rany na twarzy, która zdążyła dosięgnąć moich ust. Zlizałam metaliczny posmak krwi. Odwróciłam się napięcie, będąc gotowa na kolejny atak, ale zamiast demona, stał za mną ktoś inny.

Wydawał się być nietknięty przez wojnę. Niemal białe włosy miał wciąż czyste i idealnie ułożone. Jego strój bojowy był nadal czysty, bez śladu kropli krwi lub demonicznej posoki. Jedyny brut, jaki zdołał się na nim osadzić, to nieduża smuga pod prawym okiem.

Poczułam, jak serce mi się ściska.
Wiedziałam, dlaczego tutaj stoi.
Przełknęłam ślinę. On też.
On też wiedział, że ja wiem.

- Jak to ma więc być? - spytałam, pozwalając biczowi wrócić do postaci bransolety. Zmarszczyłam brwi, lepiej mu się przyglądając, ale jedyne co widziałam w jego oczach, to niepewność.
- Wiedziałam, że tobie każe to zrobić - stwierdziłam, kiedy nie odpowiedział.

- Okłamałaś mnie, Isabelle - podniósł głos i uniósł nieco miecz w moją stronę. W kilka sekund wyciągnęłam swój.

- Nie miałam wyboru, mówiłam, że jeżeli dojdzie do wojny to będę walczyła po stronie bliskich.

- Myślałem, że po naszej nocy poślubnej ja także się do nich zaliczam - warknął. Teraz nie ukrywał rozdrażnienia. - Okłamywałaś mnie cały czas.

- A ty nie? - spytałam ze złością. - Mam ci przypomnieć, przez kogo znalazłam się w piekle?

- Robiłem to dla twojego dobra, bo cię kochałem... Nadal kocham. - Spojrzał na mnie błagalnie, marszcząc brwi. - Chciałem cię uratować. Dać ci w s z y s t k o. I dałem. Wszystko co miałem. A ty kłamałaś nawet w naszą wspólną noc. Gratuluję, Isabelle, naprawdę doskonale ci poszło zwodzenie mnie pod koniec. Doszłaś do celu. Ale to koniec - oznajmił i uniósł miecz, jeszcze wyżej.

Poczułam, jak moje serce zalewa fala bólu.

Myli się.
Tak bardzo się myli. 

Spojrzałam w jego oczy, starając się w nich dostrzec coś jeszcze z wyjątkiem niepewności i zranienia. Niestety obraz zamazał mi się przed oczami, bo w moich pojawiły się łzy. Spłynęły po moich policzkach.

- Nakir - wyszeptałam, także unosząc miecz. Serafickie ostrze rozbłysło jasnym światłem.

Za chwilę nastąpi koniec.
Dla mnie.
Dla niego.
Dla nas.

Z krzykiem rzuciłam się na niego, pozwalając naszym bronią zderzyć się z głuchym trzaskiem. Przez pierwsze chwile to ja atakowałam, a on zręcznie odparowywał każdy mój ruch. Kiedy role się zmieniły, nie było mi już tak łatwo. W końcu nastąpiła chwila błędu i mój miecz został wytrącony. Czubek trzymanego przez niego ostrza, był skierowany w stronę mojego brzucha. Dotykał go. Czułam lekki nacisk, który za chwilę miał mnie przebić.

Uniosłam wzrok. Patrzyliśmy sobie w oczy dobre kilkanaście sekund. Patrzyliśmy na siebie z bólem, cierpieniem, rozpaczą.

- Zrób to - powiedziałam, spoglądając na wcelowaną we mnie broń. - Zakończmy to, no chyba, że Seraphina kazała ci mi zadać powolną śmierć.

- Nie pozwoliłbym na to - odpowiedział w końcu.

- Te słowa brzmią dziwnie, kiedy je wypowiadasz. W końcu to ty trzymasz miecz - przypomniałam. Łzy przestały spływać po moich policzkach. Nie czułam już strachu. Nie czułam już nic. Przegrałam. Stałam ze spuszczonymi rękami czekając na śmierć.
- Przekaż Seraphinie, że przeklęty zawsze będzie przeklętym.

- Isabelle - zaczął z naciskiem, ale mu przerwałam z walącym sercem.

- Po prostu to zrób - warknęłam, ale widząc jego dłuższe wahanie, podniosłam głos: - Zrób to!

Nacisk miecza tylko trochę się zwiększył.

- ZRÓB TO! - krzyknęłam. W tej samej chwili, czubek miecza opadł na ziemie. Spojrzałam na chłopaka z niedowierzaniem.

- Nie mogę - powiedział.

Wokół nas ginęli Nocni Łowcy i Podziemni. Dźwięk rozrywanych ciał i łamiących się kości przeszywał powietrze, a my staliśmy teraz bez ruchu, nie potrafiąc nic zrobić. Ani się zabić, ani próbować się bronić.

W jego oczach dostrzegłam łzy.

- Nie mogę, Izzy - powtórzył i ponownie uniósł miecz. Trzymał go nieruchomo, będąc gotowy do walki z każdym. Tylko nie ze mną.

- Ta decyzja będzie cię kosztować - powiedziałam, czując cały czas ból w sercu. Wolałbym zginąć. Wolałabym, aby wbił we mnie ten miecz. Przynajmniej wiedzielibyśmy na czym stoimy. Bylibyśmy wszystkiego pewni.

Zrobiłam niepewny krok w jego stronę, nie wiedząc, czy chcę go uderzyć czy pocałować. W tej samej chwili dostrzegłam niewyraźny ruch za jego plecami. Ciało Jonathana wpadło na mnie razem z jego mieczem.

Z taką siłą i taką prędkością, że nie zdążyłam zrobić uniku. Zimna stal przeszyła mnie, tak jak miała to zrobić.





Jonathan 




Coś nagle pchnęło mnie z taką siłą, że straciłem równowagę i wpadłem na Isabelle. Miecz, który nadal trzymałem w dłoni, przeszył powietrze razem ze mną, a następnie coś twardego. Odskoczyłem szybko od brunetki. Jej usta były rozchylone w niemym krzyku, a oczy szeroko otwarte. Powoli spojrzałem w dół za miejsce, za które się trzymała; jej dłonie ściskały ostrze. Ostrze było w niej. Poczułem, jak blednę z przerażenia.

Nie
Nie
Nie

Słysząc jej ciche stękniecie, ocknąłem się, jednym ruchem wyciągając miecz i odrzucając go najdalej jak potrafię. Złapałem dziewczynę za ramiona, gdy zaczęła się osuwać na ziemie.

- Nie - wyszeptałem przez zaciśnięte zęby. - Nie, nie, nie, nie... NIE!

Jej dłonie nadal ściskały ranę na brzuchu. Plama krwi zaczęła się powiększać. Dotknąłem jej, zaczynając uciskać ranę. Ciepła krew zetknęła się z moją dłonią. Ułożyłem ostrożnie głowę dziewczyny na swoim kolanie, następnie wyciągając stelę.

Oczy dziewczyny patrzyły na mnie, mrugając sennie.

- Wszystko będzie dobrze, Isabelle - mówiłem, gładząc jej policzek brudną od krwi dłonią. Rozdarłem rękoma materiał w okolicy jej brzucha, chcąc narysować iratze. Ale nie mogłem; rana była głęboka, zaczynała ropieć. Musiałem ją najpierw oczyścić, ale nie miałem czym.

Zakląłem głośno, odrzucając stelę na bok i ponownie uciskając ranę.

- Będzie dobrze, będzie dobrze... POMOCY!... Będzie dobrze...

- Jonathan - wymamrotała, dotykając dłonią mojego policzka. Ucałowałem ją.

- Cii...nic ci nie będzie, opatrzymy cię - powiedziałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

- Nie kłamałam... ja nie... kłamałam - zaczęła mówić, co jakiś czas krzywiąc się z bólu.

- Cii, Isabelle, błagam...

- Nie kłamałam... Nie tamtej... nocy... Uwierz mi... proszę... - Wypowiadając ostatnie słowo, zaczęła szybko i głęboko oddychać. Dusiła się. Łapała oddech. Zacząłem mocniej uciskać ranę, drugą dłoń przykładając ponownie do jej policzka. Dolna warga była rozcięta, a jej twarz pokrywał pot i brud, ale dla mnie nadal była najpiękniejszą osobą na świecie.

- Będzie dobrze, zobaczysz... Będzie dobrze...

Jej oczy patrzyły na mnie, co raz bardziej się zamykając. Jakby zasypiała. Jej dłoń, która cały czas ściskała moją przy jej ranię, zaczęła się rozluźniać.

- Nie - powiedziałem z naciskiem, ale w tym samym momencie jej oczy się zamknęły. Jej dłoń, na której nadal spoczywał pierścień Morgenstern'ów, przestała ściskać moją i opadła.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Myślałem, że wiem, co to znaczy cierpieć.
Myliłem się.


Krzyk, który wydobył się z mojego gardła, był tego potwierdzeniem.




wtorek, 8 sierpnia 2017

Rozdział 6 Paszcza lwa

◊ Clary 




Podczas, gdy sanitariusze podawali nam jedzenie oraz picie, nikt z nas się nie odezwał. Siedzieliśmy wszyscy na ziemi w Sali Anioła, cicho spożywając to co nam dano. Nie było sensu narzekać na legiony, do których nas przydzielono. Wystarczył jeden sprzeciw, a stracilibyśmy możliwość udziału w walce.

Wbrew pozorom, byłam chyba najbardziej zadowolona z grupy. Dwa ostatnie legiony były najbardziej pożądane, gdyż to one miały się znaleźć na głównym polu bitwy. Ja byłam w ostatnim. Miałam się znaleźć w grupie, która ma przyjąć na siebie pierwszą falę wroga. 

Nie chodzi o to, że się cieszę, mogąc jako pierwsza zatopić miecz w cielsku demona, ale będę najbliżej tej, która to wszystko wywołała.

Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię. Domyśliłam się, że skoro Seraphina prosiła, aby wydano mnie w jej ręce, nie obejdzie się bez walki. Nie będzie to jednak zwykła walka między wrogami, ale walka między wrogiem, który jest z tej samej krwi co ja. Jej umiejętności będą dla mnie zabójcze. Nie byłam jednak bez szans; dzięki latom wspólnych treningów, wiem, jak się porusza, jakie ruchy wykonuje. Zresztą zawsze byłam od niej lepsza. Pod każdym kątem. Ale przez płynącą w niej krwi Lilith, nasze szanse będą wyrównane.

Cokolwiek by nie było, będę musiała ją zabić.




Zanim się obejrzeliśmy, brakowało już czterdziestu minut do północy. Niechętnie stanęłam na równe nogi, a za moim przykładem poszli inni.

- Już czas - powiedziałam cicho i odważyłam się podnieść wzrok.

Bez słowa każdy zaczął się ze sobą żegnać. Przytuliłam Annabeth, a potem Paul'a i Aleca. Na koniec Celine, Stephena i Jace'a. Mia była już bezpiecznie ukryta w piwnicach razem z Maksem.

- Jeżeli coś ci się stanie, to powieszę cię na najwyższym szczycie instytutu - wyszeptałam, kiedy jego palce wsunęły się w moje włosy. Poczułam, jak jego pierś porusza się na bezgłośne parsknięcie. Wciągnęłam jego zapach ostatni raz i powoli się od niego odsunęłam, aby spojrzeć w złote tęczówki. Wiedziałam, że to do nich wrócę myślami, gdy będę przy ostatnim oddechu.

- Masz wrócić, i to nie jest prośba - powiedział. - Nie pozwolę, abyś bezczelnie odeszła z moim pierścieniem. Najpierw musisz przyjąć moje nazwisko. Coś za coś, panno Herondale.

Nie mogłam powstrzymać łez i uśmiechu. O s t a t n i  raz przywarłam wargami do jego ust. Namiętnie. Mocno. Zupełnie, jakbym chciała napiętnować tym pocałunkiem nas oboje.

- Dziękuję, Jace - wyszeptałam, kiedy stykaliśmy się czołami. - Dziękuję ci za wszystko.

- Mogę powiedzieć ci to samo, słońce.

Odsunęliśmy się od siebie. Wyszliśmy ramię w ramię, ale nie trzymaliśmy się za ręce, bo oboje wiedzieliśmy, że wtedy nie dalibyśmy rady się rozdzielić. Dlatego kurczowo obiema dłońmi ściskałam rękojeści mieczy.

Przeszliśmy przez całe miasto, aż do wrót. Wszystkie domy po drodze były zaryglowane. Mimo kręcących się wokoło podziemnych i Nocnych Łowców, było cicho. Nie jak cisza przed burzą, ale jakby to miasto już dawno upadło.

Wychodząc po za mury, zostawiliśmy za sobą Annabeth i Paula. Przed nami rozpościerała się już duża ilość legionu czwartego. Właśnie wtedy Herondale'owie oraz Alec stanęli w miejscu. Nie zniosłabym drugiego pożegnania, dlatego mimo walącego ze strachu serca kiwnęłam do nich tylko głową. Jace odpowiedział mi tylko spojrzeniem pełnym niepokoju. Celine zaś, jakby chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.

Odwróciłam się i ruszyłam w stronę swojego przydziału, który znajdował się jakieś dwieście metrów dalej. Ustawiłam się niepewnie w pierwszym rzędzie. Wzięłam głęboki, drżący oddech i spojrzałam w niebo; Niebo było pochmurne, pełne gwiazd z dużym księżycem na czele. Od Alicante biło światło pochodni i świateł magii czarowników. Wkrótce zabłysnąć miały także miecze. Mimo nocy, nie mogliśmy narzekać na brak światła. Po za tym, od czego są runy?

W głowie ustanowiłam sobie cel i plan, aby do niego dążyć. Moim celem była Seraphina, a planem przedarcie się do niej. Niezbyt przekonujące, ale proste do zapamiętania. W tej chwili jakikolwiek bardziej skomplikowany plan wypadłby mi z głowy.

W jednej chwili natarł na nas mocny powiew chłodnego wiatru. Tylko raz. W oddali dostrzegłam szeroki cień. Nie minęła minuta, a w oddali widać było zmierzającego w naszą stronę wroga.

Armia demonów szła w naszą stronę, a ich syki i inne odgłosy docierały nawet tutaj. Niektóre z nich przybrały swoją prawdziwą postać, a niektóre ludzką. Nie czułam już dreszczu strachu, ale emocji i podniecenia. Gdzieś usłyszałam donośny głos Roberta, nakazujący przybranie pozycji. Każdy wyciągnął miecz, nadając mu imię. Ostrza rozbłysły.

- Nakir, Gabriel - nadałam imiona mieczom, im także pozwalając uwolnić swój blask.

Następne minuty czekaliśmy i patrzyliśmy. Patrzyliśmy, jak tysiące demonów idzie w naszą stronę. Gdy wiatr zawiał ponownie, poniósł ze sobą ich smród. Skrzywiłam się, mocniej zaciskając palce na rękojeściach.


Seraphina.
Seraphina.
Seraphina.

Zabij ją.


W końcu demony się zatrzymały. Dzieliło nas może sto metrów. Już stąd mogłam dostrzec ich kły, pazury i obrzydliwe ślepia, które niektóre świeciły, jak u kota.

Czekaliśmy dalej, aż w końcu demony się rozstąpiły. Na przód, dumnym krokiem wyszła z dwoma mieczami o rękojeściach niczym splątane ze sobą jęzory ognia. Broń kontrastowała się z jej rudymi, częściowo spiętymi włosami. Nic się nie zmieniła od ostatniego razu. Tylko te oczy; płomienno świecące tęczówki. Strój miała niemal taki sam, jak mój, jednak nieduże pancerze na ramionach były pokryte lśniącymi, czarnymi łuskami. Uśmiechała się lekko, wzrokiem obejmując swoich przeciwników.

- Macie szansę się jeszcze poddać - zaczęła głośno. - Możecie uratować siebie i swoje rodziny! Wystarczy, że wydacie mi Clarisse Morgenstern. To jedyne, o co proszę!

- Podjęliśmy już decyzję! - Robert wystąpił z mieczem w dłoni. - Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi.

- CZAS CLAVE PRZEMINĄŁ - ryknęła Seraphina, robiąc kilka kroków w przód. - Nadszedł czas na zmianę i nowy porządek! Czas zakończyć wojnę między światem cieni a piekłem!

- Wojna, o której mówisz nigdy nie będzie miała końca! - odpowiedział jej Robert z równym gniewem. - Nocni Łowcy i klęska Lilith są tego dowodem!

- Najwyraźniej upartość jest u was rodzinna, Lightwood. Mam nadzieję, że zmiana nazwiska wyjdzie na zdrowie twojej córce. - Już stąd mogłam dostrzec, jak Robert nieruchomieje. Zresztą ja także. Zamrugałam kilka razy nieco oszołomiona, ale w tym samym czasie demony ponownie się rozstąpiły i przepuściły dwie postacie. W tamtej chwili myślałam, że nogi się pode mną ugną. Łzy i smutek, które wylałam z powodu brata i przyjaciółki, w jednej chwili zniknęły. Gdy Isabelle i Jonathan stanęli obok Seraphiny również w strojach bojowych i bronią w dłoni, rozdziawiłam usta. Chciałam do nich podbiec, ale nie wiem czy po to, aby ich objąć czy uderzyć.

- Twoja córka choć uparta, to była bardzo przydatna. - Seraphina zaczęła okrążać Isabelle, aż się zatrzymała i położyła dłoń na ramieniu. Brunetka patrzyła w dół nie wyrażając żadnych emocji. - Nie tylko zawiązała sojusz z buntującymi się przeciwko mnie demonami, ale wyszła za Jonathana, przyjmując nowe nazwisko. Obiecała mi wsparcie pod warunkiem, że uczynię ją następczynią. Cóż... - spojrzała z westchnieniem na dziewczynę. - Doszłyśmy do porozumienia.

Spojrzałam na Jonathana, który patrzył się przed siebie z takim samym wyrazem twarzy co jego ż o n a.

Krew odpłynęła mi z twarzy, poczułam łzy zbierające się w oczach, ale nie pozwoliłam ani jednej wypłynąć.

- Zdrajczyni! - usłyszałam, jak ktoś w tłumie krzyczy, wywołując fale kolejnych obelg. Isabelle słysząc to podniosła wzrok. Jej oczy błyszczały. Gdybym nie znała jej dobrze, uznałabym, że to przez oświetlenie, ale wiedziałam, że to przez łzy. Płakała.

Isabelle, powiedziałam bezgłośnie. Chciałam, aby dała mi jakiś znak, że tak naprawdę nie jest po stronie Seraphiny. Rudowłosa zbliżyła się i szepnęła jej coś na ucho. Brunetka wyraźnie się wzdrygnęła, ale mimo to ruszyła do przodu. Zrobiła kilka kroków w przód. Następnie spojrzała za siebie na armie demonów. Jeden z nich, który był pod postacią mężczyzny znalazł się po chwili przy niej. Dziewczyna ponownie przeniosła swój wzrok na nas.

- Nie nazywam się już Isabelle Sophia Lightwood. Ona umarła - oznajmiła donośnym głosem. - Teraz stoi przed wami Isabelle Sophia Lightwood Morgenstern, następczyni tronu Edomu. Ludzie, którzy mają w sobie prawdziwą krew rodu, którego nazwisko noszę, chcą  w y r ż n ą ć  wasze żony, mężów i dzieci. Obiecałam, że będę walczyć po ich stronie. Jednak teraz ja także jestem Morgenstern, a jak wiadomo ich krew, ich obietnice - odwróciła się, aby spojrzeć na Seraphinę i Jonathana. - Ich wszystko jest zatrute i fałszywe. - W tym samym momencie demony, które stały w szeregach pod ludzką postacią zaczęły wychodzić na przód. Stawały po bokach Isabelle i wokół nas. Dobre kilkanaście tysięcy. Każdy zaczął się rozglądać z niedowierzaniem.

Krzyk Seraphiny przeszył powietrze, gdy chciała się rzucić z ostrzami na dziewczynę, ale demon stojący obok niej, zatrzymał ją, wyrzucając kilkanaście metrów w tył. Rudowłosa wylądowała zwinnie niczym kot. Jonathan zaczął coś błagalnie mówić do Isabelle, ale ta odwróciła się i razem ze swoim "strażnikiem" ruszyła w naszą stronę. Wspierające ją demony zaczęły się ustawiać wśród nas, niszcząc legiony i tworząc jedną dużą armię. Teraz było nas tyle samo, co wroga. Mieliśmy równe szanse na wygraną. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

W tej samej chwili poczułam, jak ktoś dotyka mojego nadgarstka. Odwróciłam głowę, aby spojrzeć na złote tęczówki. Schowałam jeden z mieczy i splotłam nasze palce.

- Mam nadzieję, że masz zamiar założyć ślubną podwiązkę - szepnął, nachylając się tuż przy moim uchu. Uśmiechnęłam się szerzej.

- Dla ciebie wszystko - odpowiedziałam równie cicho.

Spojrzałam na Isabelle, która w tej chwili obejmowała się mocno z ojcem. Obydwoje płakali. Miałam ochotę do nich podbiec i przytulić przyjaciółkę, pozwolić się jej wypłakać i samej także zacząć wyciskać łzy.

- DAJĘ WAM OSTATNIĄ SZANSĘ! - W tym samym momencie, gdy Seraphina krzyknęła, oba jej ostrza stanęły w płomieniach. Zakręciła nimi na postrach.

Poddałabym się, gdybym ci wierzyła, pomyślałam, po czym ponownie sięgnęłam po drugie ostrze.

- My także dajemy ci szansę się teraz wycofać! - odpowiedział Robert, stając ramię w ramię z córką. Rudowłosa cofnęła się w odpowiedzi i krzyknęła coś w nieznanym języku. Zaraz po tym każdy demon stojący po jej stronie ruszył do przodu. Fala demonów ruszyła ku nam.

- Pulvis et umbra sumus! - krzyknął Robert i także ruszył na przód. Jego słowa zostały powtórzone. Wyciągnęłam drugi miecz i zaczęłam biec prosto w paszczę lwa. Tak, jak myślałam, że od środka umarłam, tak teraz czułam, że odżyłam.












Mogę się domyślić, jak bardzo mnie nienawidzicie za zakończenie w takim momencie :DDD No ale cóż, musiałam wam podnieść ciśnienie :))


poniedziałek, 31 lipca 2017

Rozdział 5 Przydziały

◊ Clary 




Do sali anioła szliśmy za rękę, pogrążeni w rozmowie o ceremonii ślubnej. Doskonale wiedzieliśmy, że wiele narzeczonych będzie brało ślub przed wojną, szczególnie, że Cisi Bracia oraz Żelazne Siostry zaszczycą nas swoją obecnością. My jednak zdecydowaliśmy się na wesele po wojnie. Wyobrażenie o  p r z y s z ł o ś c i  sprawiało, że czuliśmy się lepiej, dodawało nam to sił. Nawet jeśli mielibyśmy nie dożyć kolejnego wschodu słońca. Ceremonia ślubna przed wojną byłaby niczym ramka na obraz tego, co nas czekało i nas może czekać.

- Ślub w Idrisie, prawda? - spytałam z lekkim uśmiechem.

- Oczywiście - uśmiechnął się.

Powietrze wypełniał zapach chłodnego powietrza typowego dla Idrisu w tym miesiącu. Cisza jaka panowała wokół nas była przerażająca: nikogo nie było w pobliżu, wszyscy byli już w sali anioła. Jedyny dźwięk jaki nam towarzyszył, był odgłos szeleszczących liści pogrążonych w tańcu z wiatrem.


Po kilkunastu minutach byliśmy już na miejscu. Teraz szum wiatru i drzew został stłumiony przez gwar wszystkich zebranych na schodach, przed nimi i w środku. Nocni Łowcy i podziemni szykowali się, poprawiając swoje stroje bojowe, a także broń. Niektórzy stali rozmawiając w grupach, a drudzy siedzieli z boku lub przy ognisku, których na chwile obecną było kilkanaście.

- Chodź. - Usłyszałam i poczułam, jak Jace mocniej zaciska palce wokół mojej dłoni i ciągnie mnie w stronę drzwi do środka. O dziwo nie było, aż tak tłoczno, jak sądziłam    a przynajmniej było mniej niż na zewnątrz.

W sali znajdowali się najważniejsi Nefilim i Podziemni. Między innymi; Konsul i Inkwizytor, Meliorn, rycerz faerie, który był przedstawicielem Jasnego Dworu, Camille Belcourt, przedstawicielka Dzieci Nocy, Woosley Scott, przedstawiciel Dzieci Księżyca a założyciel stada Praetor Lupus, i Magnus Bane, przedstawiciel Dzieci Lilith. O prócz nich pozostali członkowie rady Clave. Wokół kręcili się także strażnicy, którzy pilnowali porządku. Kiedy nas zobaczyli, dwóch z nich podeszło bliżej.

- Przynieśliśmy torby z zaopatrzeniem - oznajmiłam pokazując na jedną w moich rękach i na drugą w rękach Jace'a. Strażnicy wiedzieli kim jesteśmy, nie musieliśmy się przedstawiać. Obaj zmierzyli nas wzrokiem, po czym kiwnęli głowami i wzięli od nas torby.

- Idziemy? - spytał Jace i głową wskazał na stół przy którym stali także jego rodzice z Mią, a nawet Annabeth, Paul, Alec i Tyrell'owie. Tym razem Carina nie była sama, ale w towarzystwie matki oraz ojca. Teraz wiedziałam po kim co Carina odziedziczyła; srebrne włosy oraz twarz po matce, a posturę i kolor oczu po ojcu. Nie ich się jednak w tej chwili obawiałam, ale rodziców Jace'a.

- Kiedy im powiemy? - spytałam cicho, kiedy szliśmy w ich stronę.

- Nie ma co zwlekać - wzruszył ramionami, ale widząc moją niepewność, spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - Nie mów mi, że boisz się ich reakcji.

- Cóż... - Spuściłam wzrok.

- Nie wycofasz się już - odparł wcale nie zamierzając mnie pocieszać. Nie mogłam jednak powstrzymać lekkiego uśmiechu.

Kiedy zbliżyliśmy się do Celine i Stephena, starałam się go utrzymać jak najdłużej. Kobieta posłała mi ciepły uśmiech i przytuliła. Mimo iż ona także była już w stroju bojowym, woń perfum nadal obejmowała jej ciało.

- Cieszę się, że nareszcie jesteśmy w komplecie - westchnęła, kiedy się od siebie odsunęłyśmy.

- Coś ważnego omawiacie w tej chwili? - spytał Jace. Jego ojciec pokręcił głową.

- Maryse informuje tylko, kto nie będzie uczestniczył w wojnie i objaśnia strategię, o której wkrótce wszystkich poinformuje. - Zerknęłam ukradkiem na stół na którym widniała ogromna mapa Alicante z lotu ptaka oraz stojące na niej różne pionki i chorągwie.

W tym samym czasie podeszła do nas Annabeth, Paul, Magnus i Alec. Lightwood uściskał się ze swoim parabatai. Na wojnie będą ze sobą związani, jak nigdy dotąd.

- Jak się czujesz, Clary? - spytała Annabeth. Miała na myśli wczorajsze zdarzenie.

- Fizycznie dobrze... psychicznie ciut gorzej, tak jak każdy. - Dziewczyna nie musiała odpowiadać, doskonale wiedziała o czym mówię.

- Co słychać, biszkopciku? - spytał radośnie Magnus. Nie widziałam go od czasu przyjęcia, które urządziłam w posiadłości. Wtedy, kiedy... poroniłam. Od tamtego czasu prawie nic się nie zmienił. Jak zawsze był ubrany w swoim własnym stylu, a we włosach miał pełno brokatu.

- Witaj, Magnusie - uśmiechnęłam się do niego.

- Do twarzy ci w stroju bojowym. - Wskazał na mój strój. - Aczkolwiek szkoda, że musisz go mieć na sobie w takiej a nie innej sytuacji - westchnął. Po jego słowa nastąpiła krótka cisza, którą w końcu postanowił przerwać Paul.

- Postanowiliśmy się pobrać przed wojną - oznajmił, wywołując tym lekkie uśmiechy. Bo tylko tak można było na to zareagować. Lekkim uśmiechem. Nie było z czego się cieszyć. Pobierali się, bo wiedzą, że mogą zginąć.

Jace ponownie splótł nasze palce, jakby mi czytał w myślach. Odsunął się ze mną o kilka kroków, aby każdy nas widział. Odchrząknął.

- Co do ślubu - zaczął blondyn, a ja dostrzegłam, jak lekko się rumieni. - Poprosiłem Clary o rękę.

- Zgodziłam się - powiedziałam z uśmiechem i ściągnęłam rękawiczkę, aby pokazać dowód na moim palcu.

- O mój Boże - szepnęła Celine, przykładając dłonie do twarzy. W jej oczach błysnęły łzy wzruszenia. Mia, która do tej pory stała cicho z boku, podskoczyła z piskiem i podbiegła do mnie, aby mnie uścisnąć. Stephen uśmiechnął się szeroko i także podszedł, aby wyściskać syna, a potem mnie.

- Będę dumny mogąc nazywać cię córką, Clary - powiedział, tym samym wywołując we mnie łzy. 

Annabeth i Paul równie szeroko uśmiechnięci podeszli, aby nam pogratulować. Ostatni w kolejce był Alec, który uściskał swojego parabatai, a na koniec stanął przede mną i ujął moje dłonie.

- Cieszę się, że to ciebie wybrał - powiedział, po czym przyciągnął mnie do siebie. Poczułam, jak więcej łez spływa po moim policzku. Nie tego się spodziewałam, a spodziewałam się negatywnego zdziwienia i niezaakceptowania. Jest jednak inaczej. Rodzina Herondale'ów przyjęła mnie do siebie z miłością, chociaż jeszcze nie przyjęłam ich nazwiska.

- Och - westchnęła Celine nadal ze łzami w oczach. Teraz to ona mnie do siebie przyciągnęła    czule, niczym matka. Pogładziła moje włosy. - To najlepsza rzecz, jaka mnie mogła spotkać przed wojną. Tak bardzo się cieszę, Clary. Teraz z dumą będę mogła nazywać cię córką. - Odsunęła się ode mnie i ujęła moją twarz, aby następnie pocałować mnie w czoło. To samo zrobiła, gdy podeszła do Jace'a. Dopiero potem stanęła znowu u boku męża.

W tym samym czasie zorientowałam się, że połowa spojrzeń w sali jest skierowana na nas. Niektórzy kiwali nam głową z delikatnymi uśmiechami w ramach gratulacji. Odpowiadałam tym samym gestem. Kiedy jednak ujrzałam w tłumie beznamiętny wzrok Cariny, uśmiech zniknął z mojej twarz.





***




Następne dwie godziny spędziliśmy z boku sali rozmawiając, a chwilami milcząc i po prostu ciesząc się swoją obecnością... swoimi ostatnimi chwilami życia. Za jakieś dwie godziny wszystko miało się zacząć, albo raczej z a k o ń c z y ć.

- A ja myślałam, że Seraphina ratując wtedy nas wszystkich - nie dokończyłam, tylko pokręciłam głową.

- Nie tylko ty - powiedziała Annabeth. - Najwidoczniej krew demona nadal robi swoje. Najdziwniejsze jednak jest to, że przeżyła.

- A Mroczny Kielich zaginął. Może to i dobrze. W jego przypadku każde ręce są niepowołane - powiedział Paul na co wszyscy mu przytaknęliśmy.

W tym samym czasie po sali rozprzestrzenił się rozkaz Roberta, który nakazywał, aby wszyscy zebrali się przed schodami do sali. Przyjęłam dłoń, którą Jace mi podał, aby pomóc mi wstać, po czy ruszyliśmy w wyznaczone miejsce. Na zewnątrz panował już ogromny tłum, który ciągnął się jeszcze daleko.

U szczytu schodów stanęli Maryse, Robert, a także przedstawiciele każdej rasy Podziemnych.

Konsul uniosła dłoń na znak ciszy, która zapadła w ciągu kilku sekund. Jedyne co było słychać, to cicho iskrzący się ogień w ogniskach. Maryse przemówiła głośnym głosem, który słychać było jeszcze dobre kilkadziesiąt metrów dalej.

- Mamy dwie godziny - zaczęła, stojąc dumnie wyprostowana. - Za dwie godziny rozpocznie się wojna o w s z y s t k o. O wolność, o honor, o życie! Będziemy walczyć aż do ostatniej kropli krwi. To nią zapiszemy historię, która będzie miała dzisiaj miejsce. Wszyscy, Nocni Łowcy i Podziemni połączą siły. - Wokół nas rozległy się krzyki bojowe. Każdy Podziemny, każdy Nocny Łowca, który stał obok mnie, dzisiaj był gotów oddać życie. Ja także byłam na to gotowa. Czułam, jak siła rośnie we mnie z każdym kolejnym uderzeniem serca.

- Musimy być gotowi na wszystko - zaczął Robert, kiedy krzyki nieco ucichły. Inkwizytor rozwinął białą kartkę, wlepiając w nią wzrok. - Dlatego będą pewne zasady i strategia. Na początek; kobiety w ciąży oraz dzieci do trzynastego roku życia, nie będą uczestniczyły w walce. Zostaną bezpiecznie usadowieni w lochach i piwnicach, gdzie będą zaopatrzone w koce i żywność. - Poczułam, jak Jace się napina. Wiedziałam, co to dla niego oznacza; rozłąkę z siostrą. - Kolejna sprawa, to sanitariusze, którzy będą niezbędni podczas wojny w sali anioła. Będą zajmować się rannymi. Sanitariuszami będą osoby, które przyjęły Wstąpienie w zeszłym roku. Ostatnia sprawa, to strategia. Będziecie na początek walczyć w pięciu legionach, do których zaraz was przydzielimy. Pierwszy, to obronny. Będą w nim osoby, które będą chronić wejścia do sali anioła. Drugi legion, to miastowy. Będzie on bronił miasta, jeżeli się do niego przedrze wróg. Trzeci legion jest bramowy i będzie chronił bram miasta, aby nikt się przez nie nie przedostał. Czwarty legion, to bitewny, który będzie głównym legionem walczącym na polu bitwy. I ostatni legion. Tarczowy. Będzie to legion, który będzie najbardziej wysunięty z przodu. Przyjmie na siebie pierwszą falę. Kiedy ta minie, legion piąty dołączy do legionu czwartego. Utrzymujcie te pozycje najdłużej jak się da.

- Teraz przystąpimy do przydzielania was do waszych legionów. Sprzeciw zostanie uznany za dyskwalifikacje z walki i przeniesienie do sanitariuszy - oznajmiła Maryse, po czym ścisnęła mocniej stos trzymanych w dłoni papierów. Ja ścisnęłam mocniej dłoń Jace'a.

Przydziały trwały dobre pół godziny. Nikt z moim przyjaciół nie zaliczył się do pierwszego legiony. Do drugiego zaliczyła się jedynie Annabeth, na co zauważyłam, że zaciska szczękę i dłonie w pięści. Do trzeciego dostał się Paul z czego również nie był zadowolony. Do czwartego zaliczyli się Tyrell'owie, Alec, rodzice Jace'a, a także on sam. Mojego imienia nie wymieniono.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Swoje imię usłyszałam w przydziale do legionu piątego.



Jace był na początku w szoku, ale znikło to tak szybko jak się pojawiło. Szok zastąpił gniew.

- Jak to możliwe - warknął. Ledwo wytrzymywał stanie w miejscu. Musiałam go złapać za rękę tak mocno, że aż zbielały mi kostki. Nie mogłam ryzykować, że zacznie protestować.

- Jace - syknęłam. - Uspokój się, błagam cię...

- Jak mogli cię dać do piątego legionu, przecież - urwał. Nie potrafił dokończyć zdania. Wiem jednak, jak miałoby ono brzmieć. "...przecież, to samobójstwo". Owszem. Piąty legion miał unicestwić, jak największą liczbę wroga, aby reszta legionów miała łatwiej. Dlatego był on najbardziej niebezpieczny. Przydzieleni tam zginą najszybciej. Zginą jako pierwsi.

Wzięłam głęboki drżący oddech. Mimo wszystko czułam ulgę, bo wszyscy, na których mi zależy, zostali przydzieleni gdzie indziej.

Kiedy Maryse skończyła wymieniać ostatnie imiona, oznajmiła:

- Teraz niech kobiety ciężarne, a także dzieci, udadzą się pod nadzorem strażników do piwnic i lochów. Sanitariuszy proszę o nakarmienie i napojenie wojowników. Macie półtorej godziny. Potem każdy legion ma zająć swoją pozycję. - Konsul westchnęła ciężko. Dostrzegłam smutek w jej oczach. - To wszystko. Dziękuję.






Maryse 






Po orędziu udałam się do swojego gabinetu. Rzuciłam stos papierów na biurko, po czym opadłam na fotel stojący w rogu pomieszczenia. Schowałam twarz w dłoniach, czując, jak resztki sił mnie opuszczają.

Isabelle zaginęła na dobre. Alec i Max oddalają się ode mnie z każdym dniem, a ja nie potrafię temu zaradzić, bo nie poświęcam im wystarczająco czasu. Stanowisko Konsula niesie ze sobą zbyt wiele poświęceń. Jedyna osoba z mojej rodziny, którą widuję najczęściej, to Robert. Chociaż łączą nas więzy małżeńskie, łączy nas już tylko kariera. A przynajmniej tak to wygląda z jego perspektywy. Gdyby z mojej strony było tak samo, nie cierpiałabym za każdym razem, kiedy przed moimi oczami bawi się z innymi. A jednak od naszej ostatniej wspólnej nocy minęło niespełna dwa miesiące. Przyszedł wieczorem do kuchni, gdzie podpisywałam różne papiery i zaczął rozmawiać o Alecu. O tym jaki jest z niego dumny. Nie wiem, jak to się stało, że tamtej nocy, po raz pierwszy od dłuższego czasu, coś między nami ponownie zapłonęło. Były to jednak zwykłe złudzenia, które miały swoją  c e n ę.

Odruchowo przyłożyłam dłoń do brzucha.

Nie ma już  r o d z i n y  Lightwood.
Są tylko Lightwood'owie. 
Nefilim, których łączą już tylko te same więzy krwi i nazwisko.
N i c  w i ę c e j.

- Maryse - Wyprostowałam się, kierując wzrok na drzwi. Mój m ą ż  stał sztywno i patrzył na mnie smutnym wzrokiem.

- O co chodzi? - spytałam, wstając. Poprawiłam koka, starając doprowadzić się do porządku.

- Jeżeli mamy zginąć, to chociaż chcę wiedzieć - wyjaśnił i spuścił wzrok. Po chwili jednak znowu go podniósł, ale nie na mnie tylko na brzuch.

- Co chcesz wiedzieć? - spytałam, czując, jak moje serce przyśpiesza. Objęłam się ramionami, kryjąc się przed jego spojrzeniem.

- Myślisz, że nie zauważyłem. - Brzmiało to bardziej, jak stwierdzenie niż pytanie. Doskonale jednak wiedziałam, co miał na myśli. Za każdym razem, gdy przez ostatni miesiąc dręczyły mnie mdłości, myślałam, że nie widzi. Ale widział. I wie.

- Z Isabelle i Maksem było tak samo - dodał, kiedy wbiłam wzrok w podłogę. - Tylko z Aleciem było najmniej... problemów.

Teraz nie potrafiłam już powstrzymać łez    nie, kiedy mówił do mnie takim tonem, jak dawniej. Zupełnie, jakby się stęsknił, jakbym nabrała wartości w jego oczach.

- Nie chcę, abyś walczyła, Maryse. - Spojrzałam na niego ze złością. - Nie możesz...

- Nie masz prawa mi mówić, co mogę, a co nie - przerwałam mu. - Nagle zaczęłam cię interesować?

- Popełniłem błąd... - Parsknęłam śmiechem, chociaż nie było w tym słychać ani kropli rozbawienia. Jedynie szyderstwo.

- Błąd? - wykrztusiłam. - Pieprząc się na moich oczach z pierwszą lepszą? Chociaż nie, czekaj! Ta brunetka, szefowa instytutu w Paryżu, jak jej tam... ach tak! Evelyn Ashdown. Co jak co, ale ona miała klasę. Nie powiem.

- Między nami już wszystko było skończone! - podniósł głos, ale od razu się opanował. - M y ś l a ł e m, że tak jest. W końcu byliśmy w separacji.

- B y l i ś m y? - spytałam z niedowierzaniem. - Nadal jesteśmy, sam to wszystko zacząłeś.

- Kłóciliśmy się na każdym kroku, a kiedy Isabelle zaginęła...

- A kiedy Isabelle zaginęła, to zamiast być dla siebie oparciem, ty wolałeś się bawić w burdelu!

- Nie wiedziałem już co robić! - przerwał mi, tym razem niemal krzycząc. Zrobił krok w moją stronę z oczami pełnymi łez. Zacisnął usta w cienką linię, po czym wypuścił drżący oddech. - Nie wiedziałem... Wszystko się zaczęło walić... my... Izzy... - głoś mu się załamał. Zanim zdążyłam się zorientować, uderzył pięścią w biurko i leżące na nim papiery. W drewnie zostało wgniecenie.
- Żałuję... żałuję tak cholernie... Gdybym mógł cofnąć czas...

Stałam nieruchomo, pozwalając łzą spływać po moich policzkach.

Powinnam go nienawidzić. Powinnam go chcieć zabić. A jednak nadal coś do niego czułam. Coś co było miłością i złością w jednym.

- Nie liczę, że mi wybaczysz - zaczął, stając przede mną z oczami szklanymi od łez. Opadł na kolana przede mną, kładąc jedną dłoń na moim brzuchu, a drugą chwytając moją dłoń. - Nie zasługuję na wybaczenie, ale proszę cię o jeszcze jedną szansę. Zmienię się... przysięgam. Tylko daj mi ostatnią szansę... dla mnie... dla naszego dziecka... - Po tych słowach przycisnął twarz do mojego brzucha. Łkał cicho i żałośnie. Płakałam razem z nim; ze szczęścia, że nadal chce do mnie wrócić. Ze smutku, że zdał sobie sprawę dopiero teraz. Ze złości, że gdy nareszcie coś się mogło ułożyć, musiało się to stać akurat dzisiaj, akurat teraz.

- Robert - zaczęłam, czując, że za chwilę nie dam sobie rady. Zaczęłam głęboko oddychać, nie mogąc złapać oddechu. - Ja je... ja je nie dam rady urodzić. - Wybuchłam jeszcze większym płaczem, również opadając na kolana. Teraz oboje byliśmy na tym samym poziomie. Poczułam, jak jego ręce łapiąc mnie za ramiona.

- O czym ty mówisz, Maryse? - spytał z przerażeniem w oczach.

- Wojna... stres... wszystko... ja się boję, że je stracę... Ono jest jeszcze takie słabe... podatne na zranienia... ja...

- Nie - powiedział, ujmując moją twarz. - Nie stracisz, rozumiesz? Pójdziesz do piwnicy, przeżyjesz i urodzisz - oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- Co z tobą? - spytałam, chociaż doskonale znałam odpowiedź.

- Wrócę, Maryse - wyszeptał, po czym pocałował mnie namiętnie i przyciągnął do siebie. - A jak wrócę, zaczniemy wszystko od nowa.

sobota, 29 lipca 2017

Rozdział 4 Skrzydła Anioła

◊ Clary 




Powoli stanęłam przed swoją szafą. Łapiąc za rączki, otworzyłam podwójne drzwi, które cicho zaskrzypiały. Szybkim ruchem odepchnęłam ubrania na wieszakach na bok, aby widzieć całe wnętrze mebla. Na ścianie widniała podłużna linia, która była przecięciem drewna. Paznokciem zahaczyłam o wgłębienie i pociągnęłam lewą część drewna do siebie, a następnie drugą. Przede mną ukazała się kolejna ściana szafy, na której wisiał strój bojowy.




***



Po założeniu ostatniej części ubrania, którym były czarne, skórzane botki do kolan, spojrzałam na lustro przed sobą; czarny strój opinał moje ciało, podkreślając moje kształty, a tym samym chroniąc każdy centymetr mojego ciała.

Czarny skórzany kombinezon, został specjalnie zaprojektowany przez najlepszego w tej dziedzinie człowieka w Idrisie. Materiał choć przylegał do ciała, nie krępował ruchów. Miejsca najbardziej podatne na zranienie, czyli okolice brzucha i biustu, zostały specjalnie osłonięte warstwą lekkiego, ulepszonego metalu, którzy chował się pod dodatkowym, czarnym materiałem. Z daleka mogło to przypominać coś na kształt cienkiego gorsetu, który nie tracił na elastyczności. Podobnymi miejscami były ramiona, a także piąstki na cienkich rękawicach odkrywających palce.

O prócz stroju, na moim ciele widniały także pochwy na broń; dwie na moim biodrze na miecze, dwie na moim udzie na sztylety, a także jedna - tajemna - w rękawie na sztylet motylkowy. Każda z nich była już wypełniona dziełami Żelaznych Sióstr.

Wzięłam głęboki oddech, czując, jak unosi się moja pierś, a materiał robi to samo, cały czas ją osłaniając.

Sięgnęłam po gumkę do włosów, szybkim ruchem upinając rude loki w kucyka.

W y g l ą d a ł a m, jakbym była gotowa.
Ale w  r z e c z y w i s t o ś c i  wiedziałam, że mogę nie dożyć świtu.

- Do północy zostało sześć godzin. - Odwróciłam gwałtownie na dźwięk głosu w drzwiach. Jace wszedł powoli do pokoju, z rękami wsuniętymi w spodnie od stroju bojowego. W przeciwieństwie do mojego, jego składał się ze skórzanych spodni, czarnej kurtki z cienkiego materiału i ciężkich, sznurowanych butów. Tak samo jak ja, nosił na sobie ciężar pochw z bronią. Materiał kurtki opinał jego mięśnie, sprawiając, że wyglądały na jeszcze większe.

Nadal nie mogłam uwierzyć, jakim cudem ktoś taki jak  o n  mógł pokochać kogoś takiego jak  j a.

- Za półtorej godziny musimy być w sali anioła - przypomniałam, choć doskonale wiedziałam, że on także o tym wie. Sam mi przekazał tą wiadomość dzisiaj rano. Szok nadal nie pozwalał mi przyjąć do wiadomości, że za tym wszystkim stała Seraphina. Moja s i o s t r a. Moja k r e w. To ona zajęła miejsce Lilith. To ona. To ona. To ona. Była jednak bez kielicha, na pewno była. Gdyby go miała, już dawno świat obróciłby się na jej życzenie.

Gdy się o tym dowiedziałam, myślałam, że zabraknie mi tchu. Zgodziłam się iść z Jace'm do jego posiadłości, gdzie Celine i Stephen wyjawili mi jeszcze więcej szczegółów z kolejnego zebrania, na którym Jace i pozostali nie mogli już uczestniczyć. Jakiś czas później, na placu Maryse wygłosiła oficjalne orędzie, w którym poinformowała o nadchodzącej wojnie i jej możliwych skutkach. Ogłosiła, że nawet jeżeli jesteśmy spisani na przegraną, będziemy walczyć, bo tak nakazuje nam honor i anioł Razjel. Wszyscy będziemy zabijać, nawet podziemni, którzy zgodzili się z nami walczyć (nawet faerie). Nie wspomniała jednak słowem o - według każdego - fałszywym warunku, który opierał się na wydaniu mnie w ręce Seraphiny w zamian za "litość".

Gdybym wiedziała, że Seraphina nie kłamie, sama oddałabym się w jej ręce. Jednak jej słowa były tym samym, co słowa Lilith, mojej "kochającej mnie nad życie" m a t k i.

Zaraz po orędziu, Robert nakazał wszystkim Nocnym Łowcą zebrać się w sali anioła, a także przed nią. Każdy miał przynieść ze sobą żywność, broń, koce i ręczniki. Jace od razu wrócił z rodziną do domu, aby się przygotować. Ja także i miałam na niego zaczekać u siebie.

- Spakowałaś się już? - spytał, mierząc mnie wzrokiem, którego nie potrafiłam rozgryźć. Wiedziałam jednak jedno; był zdruzgotany, tak jak każdy. Prowadzimy bezsensowną rozmowę, mając nadzieję, że stanie się ona dla nas niedużą pokrywką przed nadchodzącą walką.

- Tak - wyszeptałam, wskazując na dwie duże torby obok łóżka, w których były broń, jedzenie z wodą, ręczniki i koce. - A ty?

- Moi rodzice czekają już w sali anioła. Członkowie rady mieli się stawić wcześniej. - Pokiwałam ledwo widocznie głową na zrozumienie. Czułam, jak moje ciało się trzęsie, a serce bije jak oszalałe. Bałam się ruszyć. Jace to dostrzegł i podszedł bliżej. Przyciągnął mnie do siebie. Wypuściłam drżący oddech, nie wiedząc nawet, że go wstrzymuję.

- Jace - wyszeptałam, nadal opierając głowę o jego obojczyk. Różnica wzrostu między nami była wręcz prześmieszna. Ledwo dosięgałam mu szyi. Zaletą była jednak możliwość słyszenia bicie jego serca, gdy mnie obejmował.

- Ja też się boję - odpowiedział równie cicho, po czym odsunął mnie od siebie nieco, aby móc spojrzeć i w oczy. Dopiero teraz zauważyłam, że jego oczy są pełne łez.
- Nie to jest jednak najgorsze - powiedział. - Najgorsze jest to, że myślałem, że wiem co do ciebie czuję po jednym razie gdy cię straciłem. Myślałem, że twoja śmierć nauczyła mnie już tego czego mnie miała nauczyć. - Przełknęłam cicho ślinę, nie wiedząc czy powinnam się bać jego następnych słów.

- Jace - zaczęłam, ale przerwał mi, przykładając dłoń do mojego policzka i kciuk kładąc na moich ustach.

- Ten jeden raz nie był najwidoczniej wystarczający, bo myśl, że mogę cię stracić drugi raz i tym razem bezpowrotnie... - Jego usta zacisnęły się w wąską linię. - Clary - wypowiedział moje imię z bólem. - Ja nie przeżyję, jeżeli znowu cię stracę. Nie dam rady. - Otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, ale nadal nie dawał mi dojść do słowa.
- Żałuję, że nie potrafię sprawić, aby się to nie stało nieuniknione. Żałuję tak bardzo... Dlatego jeżeli - głos mu się załamał, ale trwało to tylko chwile. - Jeżeli ty... ja... jeżeli jutro naprawdę któreś z nas ma zginąć... to chcę... chcę zginąć wiedząc, że naprawdę należymy do siebie, że to co było, jest... będzie między nami nawet po śmierci. - Poczułam, jak jego dłonie sięgają po moją, która w tej chwili zwisała bezwładnie wzdłuż ciała. Poczułam, jak jego ciepłe palce ściągają moją rękawiczkę, pod którą cały czas krył się srebrny pierścionek z kamieniem księżycowym.

- Clary. - Ponownie spojrzałam mu w oczy, czując, jak moje serce się ściska na widok łez w jego oczach. Czułam jak jego palce ujmują moją dłoń i bawią się pierścionkiem na moim palcu. - Clarisso Adele Morgenstern... czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? - Wypowiadając te słowa łzy spłynęły po jego twarzy. Rozdziawiłam usta jeszcze szerzej, czując, jak moje policzki także stają się równie mokre.

Jeżeli w moim sercu nadal były jakiekolwiek sopelki lodu po demonicznej krwi, tak teraz topniały, pozostawiając po sobie tylko wodę. Po moim ciele rozlało się ciepło, które sprawiło, że najchętniej bym się rozpłynęła.

Patrzyłam, jak jego złote oczy świecą od łez, których przybywało nam obojga. Wzięłam głęboki oddech, ściskając mocno jego dłonie. Wzięłam głęboki oddech, po czym przełknęłam ślinę.



- Tak - wyszeptałam lekko oszołomiona, po czym zebrałam w sobie siły, mówiąc jeszcze głośniej:
- Tak, zostanę twoją żoną! - Po wypowiedzeniu tych słów złączyłam nas w namiętnym pocałunku. Smakowałam słonawy smak łez jego warg, tak jak on smakował moich.

To co się działo we mnie w tamtej chwili przypominało huragan. Miałam wrażenie, jakby wyrosły mi skrzydła, które ktoś dawno temu mi obciął. A obciął je Valentine; swoją nienawiścią uniemożliwił ich odrastanie. Jace swoją miłością - naszą miłością - sprawił, że stały się one ogromne jak nigdy dotąd. C z u ł a m  to.

Kiedy zaprzestaliśmy na chwile pocałunków, aby móc złapać oddech, stykaliśmy się czołami. Jego palce ponownie sięgnęły po moją dłoń z pierścionkiem. Poczułam, jak powoli go zdejmuje. Nie protestowałam, choć miałam na to ochotę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ściągnął go tylko po to, aby przełożyć z palca serdecznego na środkowy. Spojrzałam na nową pozycje pierścionka, po czym przeniosłam pytający wzrok na jego twarz, na której o prócz łez, widniał lekki uśmiech. Właśnie w tamtym momencie nieznana mi ciepła obręcz wsunęła się na palec serdeczny. Spojrzałam w dół i poczułam ponowną falę łez i ciepła.

Na moim środkowym palcu widniał pierścionek z kamieniem szlachetnym, a na serdecznym    sygnet rodowy Herondale'ów.

Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- Jest piękny - powiedziałam, napawając się ciężarem sygnetu na moim palcu. - Nigdy nie miałam sygnetu Morgenstern'ów, mój ojciec wyrobił go tylko dla siebie i Jonathana. Nie dam rady ci więc takiego dać... - urwałam, gdy poczułam, jak jego dłoń ujmuje mnie pod brodę, zmuszając, abym na niego spojrzała.

- Powiedziałaś "tak". Nic innego już nie chcę - wyjaśnił, po czym zaczął odpinać mój pas z bronią. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

- Mamy jakąś godzinę - przypomniałam.

- Wystarczy mi pół.

Zanim się spostrzegłam, poczułam, jak jego ręce unoszą mnie w powietrze za pośladki. Korzystając z okazji oplotłam go nogami i przywarłam do jego ust. Kiedy mnie posadził na łóżku, ja także nie pozostawałam mu dłużna i zaczęłam rozpinać broń, a wkrótce zdejmować ubrania.

Nadal się trzęsłam, ale już nie ze s t r a c h u, tylko z  r o z k o s z y  i  s z c z ę ś c i a.






***




Jego pierś unosiła się i opadała w tym samym tępię    spokojnie i powoli. Jego ramie obejmowało mnie mocno, nie pozwalając mi się odsunąć. Nawet nie miałam takiego zamiaru. Mogłabym spędzić wieczność w obecnej pozycji; wtulona w jego ciepłe ciało, które, już wkrótce będzie nosiło runę miłosną, małżeńską. Biorąc głęboki oddech, uniosłam dłoń, na której widniał pierścionek i sygnet z literką H. Uśmiechnęłam się.

- Clarissa Adele Morgenstern Herondale. Clarissa Adele Herondale. Clary Herondale. - Skrzywiłam się z niesmakiem. - Brzmi okropnie, może powinnam zostać przy panieńskim.

- Ani mi się waż - powiedział z udawanym złym głosem, ale czułam jak jego pierś się trzęsie z tłumionego śmiechu. Jego dłoń sięgnęła po moją, nadal uniesioną. Przyciągnął ją do swojej twarzy. Czułam, jak składa pocałunek częściowo na moim palcu, a częściowo na sygnecie.
- Clary Herondale, żona szefa Bułgarskiego instytutu. Lepiej brzmieć nie może.

Nie mogąc się powstrzymać, obróciłam się w jego ramionach tak, aby leżeć na brzuchu i spojrzeć mu w oczy. Uśmiech zgasł z moich ust, kiedy coś sobie uświadomiłam.

- Myślisz, że twoi rodzice zaakceptują synową, która nie potrafi przedłużyć linii Herondale'ów?

- Och, Clary - Jace westchnął ciężko, odgarniając kosmyk moich włosów za ucho. - Uwierz mi, jesteś najlepszą synową jaka mogła im się trafić. Dzieci, to już inna bajka. Kocham cię taką jaka jesteś i nic tego nie zmieni - powiedział, gładząc czule mój policzek. Po chwili jednak się uśmiechnął. - Jestem też pewien, że Mia się ucieszy z mojego wyboru na jej bratową.

Nie mogłam się nie uśmiechnąć.