sobota, 6 stycznia 2018

Epilog


2,5 ROKU PÓŹNIEJ...


◊ Clary 




Widząc, jak Catriona i Sophia bawią się swoimi ulubionymi błyskotkami, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Kuferek z ukochaną biżuterią Maryse, ponownie nie zdołał się uchować przed ich ciekawymi świata rączkami.

Maryse właśnie wchodziła do salonu z dwiema filiżankami kawy, ale widząc, co znajduje się na podłodze, stanęła jak wryta.

- No, nie! - zajęczała głośno, szybko odstawiając naczynia na stoliku i rzucając się w stronę dziewczynek. Jej dwuletnia córeczka, Sophia, właśnie nakładała na siebie drugi sznur pereł. Podczas, gdy moja Catriona z ciekawością oglądała złotą bransoletę.

- Chyba będziesz musiała poprosić Roberta o szkatułkę z kluczykiem - powiedziałam, kiedy Maryse zrezygnowana wróciła na kanapę po tym, jak nie udało jej się odebrać swojej biżuterii.

- Te dwie diablice i tak ją znajdą i otworzą - odpowiedziała, biorąc łyk herbaty. Palcem wskazała na moją filiżankę. - Z jaśminem, tak, jak chciałaś.

Posłałam jej wdzięczny uśmiech. Kładąc dłoń na swoim wypukłym już brzuchu, pochyliłam się, aby sięgnąć po naczynie.

- Jeszcze cztery miesiące, prawda? - spytała, zerkając na mój brzuch.

Pokiwałam głową z szerokim uśmiechem.

- Wczoraj byłam z Jace'm u Magnusa - zaczęłam. - Wychodzi na to, że zamiast upragnionej przez Jace'a armii chłopców, którzy przedłużyliby jego linie, będzie armia d z i e w c z y n e k.

Maryse wybuchła śmiechem.

- Czyli dziewczynka?

Pokiwałam głową.

- Mamy już imię - oznajmiłam z dumą. - Lucinda Cordelia Herondale. Czyli Lucy. 

- Nalegałem na "Katherine", ale przegrałem. Jak zwykle wywinęła się swoim "nie można mnie denerwować" - oznajmił Jace, wchodząc do pokoju wraz z Robertem i Aleciem. Parabatai mojego męża ucałował najpierw matkę, a następnie swoją czarnowłosą siostrzyczkę. Wyglądem bardzo przypominała Isabelle, jedynie co ją od niej różniło, były intensywnie błękitne oczy.

Robert poszedł w ślady syna, podczas gdy Jace zakradł się od tyłu do Catriony i wziął ją na ręce, podrzucając. Ta pisnęła głośno i zachichotała, kiedy Jace przybliżył jej twarz, składając na jej czole i nosie pocałunek. Widząc radość w jej dużych, szarych oczach, poczułam miłe ciepło zalewające moje serce; mimo iż dziewczynka została adoptowana przez nas pięć miesięcy temu, czułam się, jakbym znała ją od momentu, gdy przyszła na świat.

Na adopcje zdecydowaliśmy się z Jace'm po siedmiu miesiącach nieudanych prób zajścia w ciąże. Miłosna przestała pulsować już trzy miesiące po miesiącu miodowym. Uznaliśmy, że nie warto czekać, a już w szczególności nie nam, Nocnym Łowcą. Założenie rodziny w naszym wieku było idealnym czasem. Tak więc próbowaliśmy, ale się nie udało. Kiedy zaczęłam tracić nadzieję, Jace wpadł na pomysł z adopcją.

- Nie mówię, że mamy przestać próbować - zaczął pewnego razu, kiedy siedziałam załamana w dłoni trzymając negatywny test. Blondyn siedział obok mnie na kanapie, mocno mnie obejmując. - Będziemy próbowali dalej, w końcu na pewno się uda... ale może adopcja nie byłaby takim złym wyjściem. Podarowalibyśmy jakiemuś dziecku dom i miłość. Byłoby n a s z e. Tylko nasze i niczyje inne.

Koniec końców przyznałam mu racje i się zgodziłam. Celine, Stephen i Mia także byli tym zachwyceni.

Razem z moich ukochanym wybraliśmy się do sierocińca, gdzie powitała nas gromada biegających wszędzie dzieci. Dyrektorka budynku powitała nas z miłym uśmiechem, pytając się jakie mamy oczekiwania. 

- Nie mamy żadnych konkretnych - odpowiedział Jace, mocniej ściskając moją dłoń.

- W takim razie, pozwolę się państwu rozejrzeć - oznajmiła kobieta, przepuszczając nas.

Niepewnie zwiedzaliśmy z Jace'm pomieszczenia sierocińca, napotykając w każdym dzieci w różnym przedziale wiekowym. Niby każde inne, a chwilami takie same; jedne straciły rodziców, drugie zostały od nich zabrane. Trenujące drewnianymi mieczami lub bawiące się.

Ale nie o n a.

Jedno pomieszczenie było przeznaczone na kilka kołysek. W jednej z nich leżała miedzianowłosa dziewczynka. Była jedyna w całym pokoju i wyglądała, jakby miała około roku. Płakała... a właściwie łkała. Cichutko. Nie było to łkanie, którym dziecko wyrażało, że jest głodne czy coś takiego. Nie. To łkanie było przepełnione smutkiem. Tęsknotą.

Zostawiając Jace'a przy drzwiach, podeszłam do niej. Nachyliłam się nad kołyską, dotykając jej maleńkiej rączki. Dziewczynka ucichła na chwilę, wpatrując się we mnie swoimi dużymi, szarymi oczami pełnymi łez. Aż sama miałam ochotę, rozpłakać się na ten widok.

I wtedy jej palce zacisnęły się wokół mojej ręki.

Uśmiechnęłam się szeroko na ten gest, lekko potrząsając dłonią, której ona mimo to nie puściła. Trzymała się jej kurczowo. Cały czas. Patrzyła na mnie, jak na coś dziwnego.

Właśnie wtedy poczułam, jak dłoń Jace'a obejmuje mnie w talii, kiedy sam podszedł, aby się bliżej przyjrzeć dziewczynce. Na jego widok puściła moją dłoń i krzyknęła, śmiejąc się głośno. Dopiero wtedy się zorientowałam, że blondyn robi w jej stronę śmieszne miny. Parsknęłam śmiechem i wzięłam dziecko na ręce. Przestała się śmiać i ponownie zaciekawionym spojrzeniem, zaczęła swoimi rączkami badać moją twarz i włosy.

- Jesteś dla niej całkiem interesującym eksponatem - stwierdził Jace z uśmiechem.

Nie odpowiedziałam, tylko odwzajemniłam uśmiech, odważając się również dotknąć jej gładkiej buźki. W środku poczułam coś ciepłego i nie było to spowodowane tylko słodkością dziecka, ale... Chciałam jej. Chciałam ją wziąć ze sobą. Chciałam się nią zająć. Chronić. Opiekować. Kochać.

- Nazywa się Catriona Blackwood. - Odwróciłam się na głos dyrektorki, która ze smutnym uśmiechem weszła do środka. - Ma dziesięć miesięcy i pochodzi ze Szkocji. Jej rodzice zginęli na misji w Aberdeen dwa miesiące temu.

- A krewni? - spytał Jace, ale dyrektorka pokręciła ze smutkiem głową.

- Niestety, jest ostatnia ze swojego rodu.

- Okropne - szepnęłam, nadal wpatrując się w dziewczynkę. Jej dłonie uważnie badały mój kosmyk włosów.

- Przenieśliśmy ją do osobnego pokoju na jakiś czas - wytłumaczyła kobieta. - Odczuwa tęsknotę za rodzicami i często popłakuje. Nie potrafi jeszcze nawiązać bliższego kontaktu z dziećmi, a nawet z dorosłym... o prócz z wami. - Na jej twarzy pojawił się uśmiech.

Spojrzałam znacząco na Jace'a, na co ten pokiwał głową. Zwrócił się z tajemniczym uśmiechem do dyrektorki:

- Czy myśli pani, że Catriona byłaby gotowa przyjąć nasze nazwisko? 

- Myślę, że tak - powiedziała już z szerszym uśmiechem.

I tak właśnie nasze drogi z Catrioną się zeszły. Adopcja miała potrwać od dwóch do czterech miesięcy. Mieliśmy regularnie przychodzić do sierocińca na spotkania z naszą przyszłą córką. Wszystko szło w dobrą stronę. Byłam tak pochłonięta szykowaniem nowego pokoiku i spotkaniem z jego przyszłą właścicielką, że prawie całkiem zapomniałam o smutku związanym z problemem zajścia w ciąże.

Minęły dwa miesiące. I wtedy to się stało; mdłości.

Przez pierwsze dni myślałam, że to grypa żołądkowa, ale pozostałe syndromy nie dawały mi spokoju. Zrobiłam kolejny test i okazało się, że spodziewam się dziecka. Nie ukrywałam swojego szczęścia; łzy i krzyki, na które Jace od razu przybiegł... Jego mina była bezcenna.

- Będzie dobrze - powiedział, mocno mnie obejmując. Wierzyłam mu. Radość rozpierała nas obojga. Przez pierwsze dni, nie potrafiłam przestać dotykać swojego brzucha. Uśmiechałam się niemal bez przerwy.

Kwestia Catriony pozostawała nie zmienna; adoptowaliśmy ją i oficjalnie została naszą córką już po dwóch miesiącach. Od razu się zaaklimatyzowała w nowym domu i pokoju, który osobiście z Jace'm malowaliśmy i urządzaliśmy w posiadłości Morgenstern'ów. 

Celine nie mogła się doczekać zostania babcią, a Stephen dziadkiem. Mia już układała sobie w głowie plan zabaw, w jakie będzie grała ze swoimi bratanicami.

Ja już nic nie planowałam. Bo wszystko czego chciałam miałam już tutaj. No... prawie. Moje ostatnie marzenie miało przyjść na świat już za kilka miesięcy. I mimo, że teraz i tak już jest idealnie, wtedy będzie jeszcze bardziej.

Osiągnęłam już wszystko, czego tak bardzo pragnęłam i to chyba z nawiązką; rodzina, miłość i spokój. I to samo miałam zamiar dać swoim dzieciom; szczęście od samego początku, aż po sam koniec.













PODZIĘKOWANIA:

Szczerze? Sama nie wiem od czego zacząć. Ale chyba zacznę od tego, że D Z I Ę K U J Ę WAM ANIOŁKI za wszystko; za każdą poświęconą sekundę na czytanie tej historii, za każde wejście, mimo iż nie było jeszcze nowego rozdziału, za każde skomentowane słowo (czy to pozytywne czy negatywne). Dziękuję wam za waszą obecność i dziękuję, że mogłam przeżyć przygodę mojego fanfiction z Wami!!! Chociaż i tak nie znajdę słów, aby opisać, jak bardzo jestem wam wdzięczna! Dziękuję tym, co byli ze mną od początku, jak i tym co niedawno do mnie dołączyli!!! Dziękuję jeszcze z osobna mojej kochanej parabatai, która swoimi groźbami xd zmuszała mnie do wzięcia się w garść i ruszenia czterech liter, aby napisać nowy rozdział <3 Dziękuję jej za poświęcenie swoich cennych minut na sprawdzenie rozdziałów przed opublikowaniem <3 Dziękuję ci, Aniele <3

Mimo iż to koniec historii i przygód naszych bohaterów z "To love is to destroy...", to nie jest koniec przygód ich dzieci. Mianowicie, dzięki namowie mojej parabatai (tak Aniele, jak im się nie spodoba, to ty będziesz winna xd), zdecydowałam się rozwinąć wątek dzieci Clace. I tak o to powstał drugi blog, który będzie krótkim dodatkiem do obecnego bloga. Akcja będzie rozpoczynała się kilkanaście lat później, kiedy to dzieci Clace są już w wieku nastoletnim. Będą się musieli zmierzyć ze swoimi cichymi pragnieniami i obawami.

Na bloga serdecznie zapraszam, klikając w poniższy link. W Wattpad powinno się pojawić lada chwila, ale o tym poinformuję już na tym nowym blogu!






wtorek, 2 stycznia 2018

Rozdział 14 Pulsowanie

◊ Clary 




Miesiąc miodowy zdecydowanie zaliczał się do najwspanialszego miesiąca w całym moim życiu. Żałowałam, że te cztery tygodnie minęły tak szybko. Romantyczne spacery z Jace'm wzdłuż brzegów Karpatos, wspinanie się po górach, skakanie z klifów czy nocne przechadzki będą należały do moich najcenniejszych wspomnień, które uwieczniliśmy w postaci zdjęć, a nawet filmów, które wysłaliśmy najbliższym. 

Każdy dzień choć wyglądał podobnie, dla mnie był wyjątkowy; poranne budzenie się obok siebie po wspaniale przeżytej nocy, wspólne przyrządzanie posiłków, zwiedzanie, pływanie, spacery. Nie wspominając już o czułościach, przy każdym z tych zajęć. Było wręcz idealnie. Była tylko jedna rzecz, która wywoływała mój niepokój, a objawiała się w postaci mocnego pulsowania z runy miłosnej. Zdarzało się to dość często. Czułam wtedy, jak siła bije od runy, rozchodząc się po moim ciele pod postacią ciepła i lekkich dreszczy. Na początku myślałam, że to normalne ze względu na świeżość runy i dlatego nie wspominałam o tym Jace'owi. Jednak po tygodniu, kiedy wciąż się to powtarzało, w końcu odważyłam się go o to zapytać przy śniadaniu na tarasie. Słońce było już na niebie, a morska bryza unosiła się w powietrzu.

- Czy wyczuwałeś ostatnio... jakieś zmiany w runie miłosnej? - spytałam ostrożnie, biorąc kęs sałatki. Jace popatrzył na mnie niepewnie i pokręcił głową.

- Nie, dlaczego pytasz? Coś nie tak?

- Od dłuższego czasu czuję... pulsowanie w niej. Pierwszy raz się to zaczęło podczas... nocy poślubnej. Myślałam, że to normalne, ale to się wciąż powtarza - wytłumaczyłam i zsunęłam ramiączko swojej letniej sukienki, aby odsłonić runę. Dotknęłam jej, lekko ją gładząc palcami. Czułam jej pulsowanie nawet teraz. Czułam, jak jej ciepła moc rozchodzi się po moim ciele. I sercu.

- Boli cię? - spytał, nachylając się, aby dotknąć mojego znaku. Pod wpływem jego dotyku pulsowanie przyśpieszyło.

- Nie, ale pulsuje ciepłą mocą.

- Chcesz powiadomić Magnusa?

Po chwili namysłu pokręciłam głową. Zakryłam znak, z powrotem podnosząc ramiączko.

- Nie będę mu zawracała głowy. To pewnie reakcja miłosnej na to, że kiedyś miałam w sobie demoniczną krew. Pewnie niedługo przejdzie. Jeżeli nie, to pójdziemy do Magnusa po powrocie - powiedziałam i widząc, że wciąż jest nieprzekonany, uśmiechnęłam się, biorąc łyk wody.

Od tamtej chwili minęło kilka tygodni. Po zakończeniu miesiąca miodowego, wróciliśmy do Alicante, aby się spakować przed wyjazdem do Bułgarii, gdzie Jace miał zająć stanowisko szefa tamtejszego instytutu. Kiedy portal przeniósł nas prosto do salonu w posiadłości Herondale'ów, chwile potem pojawili się pozostali. Mia rzuciła się mi i Jace'owi na szyję, zupełnie tak jak Celine i Stephen.

- Jak pierwsze miesiące w małżeństwie? - spytała Celine z szerokim uśmiechem.

- Ujdzie - odpowiedział Jace, udając obojętny ton. Ze śmiechem dałam mu sójkę w bok. Chwile potem Stephen zaprosił nas wszystkich do jadalni na wspólny obiad, przy którym zdawaliśmy z Jace'm relacje z naszego miesiąca miodowego. Moi nowi rodzice trzymali się za ręce i uśmiechali się pod nosem, słuchając. Mia zaś co rusz wchodziła nam w słowo, zadając miliony pytań; czy były kolorowe ryby, jaki kolor miała woda, jak wyglądają tamtejsi ludzie?

- Wiecie może, czy Magnus znajduje się obecnie w Alicante? - spytałam pod koniec.

- Tak, ma wrócić do Nowego Jorku z Lightwood'ami za kilka dni - odpowiedział Stephen.

- Coś się stało? - Celine spojrzała na mnie niepewnie.

- Chciałabym się z nim przywitać i... przed wyjazdem do Bułgarii muszę go o coś zapytać - wyjaśniłam. Nie chciałam mówić o powodzie spotkania. Uznałam, że nie ma sensu wywoływać chaosu z powodu jednej runy. Jace jednak nie zamierzał tego ukrywać i zanim zdążyłam zaprotestować, opowiedział o wszystkim;

- Clary czuje pulsowanie z miłosnej. Zaczęło się... wieczorem po weselu i trwa do teraz.

- U mnie miłosna na początku biła niedużym pulsowaniem, ale tylko przez pierwsze kilka dni. Dlaczego nic nie powiedziałaś? - spytała kobieta.

- Uznałam to za nieistotne. Myślałam, że to normalne, bo jest świeża i kiedyś miałam w sobie krew demona. Może niedługo przejdzie... w każdym razie wolałabym się upewnić jeszcze u Magnusa.

- Pójdziemy razem - powiedziała blondynka i wstała. - Zaraz wyślę do niego wiadomość.

- Ja też pójdę - dodał Jace, chcąc iść w ślady matki, ale złapałam go za rękę.

- Zostań z Mią i Stephenem, jestem pewna, że są ciekawi zdjęć i filmów, których nie zdążyliśmy im pokazać - powiedziałam z uśmiechem. Widząc jego niepewną minę, pocałowałam go szybko w usta i razem z Celine wyszłam z jadalni.





***



Z Magnusem umówiłyśmy się w chatce, w której normalnie się zatrzymywał podczas pobytu w Idrisie. Obecnie rzadko z niej korzystał, ponieważ zatrzymał się ostatnio u Lightwoodów.

Domek nie był duży. Mieścił w sobie dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Był urządzony skromnie i oczywiście był zakurzony. Widać było, że Magnus rzadko w nim bywał.

- Jak się udał miesiąc miodowy, pączusiu? - spytał, obdarzając mnie na powitanie dużym uściskiem.

- Wspaniale, czuję się jak nowo narodzona - powiedziałam z uśmiechem.

- Małżeństwo ci służy - uśmiechnął się. - Ale po twojej i minie Celine widać, że nie przyszłaś się tylko przywitać.

- To prawda - Celine skinęła głową. Magnus zaprosił nas do środka, gdzie zajęliśmy miejsca w niedużym saloniku na kanapie. Opowiedziałam czarownikowi o wszystkim, na co on tylko marszczył brwi i kiwał głową. Celine także opowiedziała mu, jak to wyglądało u niej. Kiedy skończyłyśmy, poprosił, abym położyła się na łóżku w sypialni.

- Już kiedy cię zobaczyłem, wyczuwałem od ciebie silniejszą moc. Zbadam ciebie a także znak - wyjaśnił. Bez słowa protestu skierowaliśmy się do sypialni, gdzie się położyłam. Podwinęłam nieco bluzkę, a także rękawy. Magnus wyciągnął swoje dłonie nad moje ciało i cicho wymawiając jakieś słowa, zaczął nimi nade mną sunąć. Z jego dłoni wydobywało się słabe błękitne światło, które padało na moją skórę. Celine stała obok, przyglądając się czujnie.

Koniec końców Magnus dotknął dłonią mojej runy miłosnej. Potem światło wydobywające się z jego rąk, zgasło, a on sam zamrugał kilka razy. Popatrzył na mnie zaskoczony.

- No i? - spytałam, nadal leżąc.

- Cóż, miałaś racje - powiedział Magnus, zerkając także na Celine, która tylko popatrzyła na niego pytająco. - Pulsowanie to reakcja miłosnej na pozostałości po demonicznej krwi. Jak wiemy, ta runa jest jedną z najsilniejszych, a te pozostałości nie są wystarczająco silne, aby się jej przeciwstawiać. Miłosna je zabija... leczy cię - wytłumaczył, patrząc na mnie znacząco.

Zamrugałam kilka razy, analizując jego słowa.


L e c z y mnie...

Demoniczne p o z o s t a ł o ś c i...


Jakby mnie olśniło, spojrzałam z nadzieją na Magnusa.

- Kiedy... je straciłam... wtedy... powiedziałeś, że nie mogę mieć... dzieci, bo mam w sobie pozostałości... blizny po demonicznej krwi... Czy to znaczy... że teraz... że... - nie potrafiłam dokończyć zdania, czując, jak gula rośnie w moim gardle, a do oczu napływają mi łzy. Celine od razu przysiadła obok mnie na łóżku, ściskając pokrzepiająco moją dłoń. Ona także patrzyła na Magnusa z cichą nadzieją.

Czarownik popatrzył na nas, myśląc chwile i kiwając głową z lekkim uśmiechem.

- Myślę, że tak - powiedział w końcu. Na jego słowa wydałam z siebie cichy okrzyk, przykładając dłoń do twarzy. Łzy płynęły po moim policzkach, kiedy płacz i śmiech wstrząsnęły moim ciałem. Podniosłam się, pozwalając się objąć Celine. Ona też się śmiała. Matczynym gestem gładziła moje plecy i włosy.

- Pulsowanie skończy się wkrótce, a to będzie oznaczało, że skończyło zabijać demoniczne pozostałości. Myślę, że po tym... jeżeli będziesz chciała, możecie z Jace'm próbować - wyjaśnił. Zeskoczyłam z łóżka, rzucając mu się na szyję i całując w policzek. Dziękowałam mu chyba setki razy, zanim cała w skowronkach wróciłam z Celine do posiadłości. Całą drogę płakałam i się śmiałam. Czując po raz kolejny pulsowanie, pomasowałam miłosną, dziękując Aniołowi w duchu.



Po powrocie, zastałam Jace'a w salonie z Mią i Stephenem. Oglądali zdjęcia, ale kiedy nas zobaczyli, zamarli.

- Clary, co się... - zaczął Jace z przerażeniem w oczach, kiedy zobaczył mnie całą we łzach. Chciał podejść bliżej, ale zanim się zorientował, przywarłam do niego w namiętnym pocałunku. Czułam jego zaskoczenie, kiedy oddawał pocałunek. Dopiero po chwili się od siebie odsunęliśmy. Jego dłonie ujęły moją twarz. Niepewnie na mnie patrząc, zmierzył mnie od stóp do głów, jakby nie był pewien, czy wszystko ze mną w porządku.

- Byłam u Magnusa - wyjaśniłam szybko. - Zbadał mnie. To pulsowanie... - urwałam, ponownie łkając ze szczęścia. Jace popatrzył pytająco na Celine, ale ta z uśmiechem wskazała na mnie głową. Stephen i Mia także uważnie słuchali i obserwowali całe zajście.

- Co się stało? - spytał.

- To pulsowanie to reakcja miłosnej zabijającej pozostałości po demonicznej krwi. L e c z y mnie - wyszeptałam z szerokim uśmiechem. Jace otarł kciukami moje łzy. W jego oczach widziałam narastającą radość. - To nie wszystko!

- Jak to?

- Miłosna zabija w s z y s t k o po demonicznej energii. Wszystko, Jace. Nawet to... co uniemożliwiało mi... nam... mieć... dziecko. - Jego twarz zastygła w niemym szoku. Wciąż się uśmiechając, stanęłam na palcach, nachylając się do jego ucha i szepcząc:
- Mogę dać ci dzieci. Kiedyś. Wkrótce. Kiedy będziesz chciał.

Znalezione obrazy dla zapytania romantic hug gif tumblrMusiało minąć kilka sekund, zanim otrząsnął się szoku. Na jego twarzy zaczął pojawiać się co raz szerszy uśmiech, a radość w jego złotych oczach rosła. Zanim zdążyłam się zorientować, teraz to on przywarł swoimi wargami do moich, mocno mnie obejmując. Po mojej twarzy spłynęło więcej łez szczęścia. Ukradkiem dostrzegłam, jak reszta Herondale'ów obserwuje nas z szerokim uśmiechem na ustach.

- Kocham cię. Bez różnicy, ile będziemy ich mieć, słońce, chcę cię zawsze widzieć taką jak teraz - wyszeptał. - Szczęśliwą.



I byłam.
Z nim.
Z nową rodziną.
Nowym życiem.
B y ł a m.












Może zacznę od tego, że wesołych świąt (wiem, spóźniłam się, ale lepiej teraz niż wcale xd) i szczęśliwego nowego roku, aby był on lepszy niż ten! Sukcesów i spełnienia marzeń, Aniołki! Zasługujecie na to <3

Co do rozdziału, mam nadzieję, że wam się podobał ten rozdział. Był on bowiem ostatni. Następny w kolejce będzie epilog z podziękowaniami <3 Pojawi się on prawdopodobnie wkrótce ;)

Mimo to dziękuję wam już teraz <3 Za wszystko; za komentarze, opinie, o b e c n o ś ć i poświęcony czas na czytanie mojego ff! Dziękuję <3

poniedziałek, 27 listopada 2017

Rozdział 13 Morski Błękit

◊ Clary 





Zanim się obejrzałam, na parkiecie tańczyli już pozostali. Razem z Jace'm nie przerywaliśmy tańca mimo to; tańczyliśmy, a właściwie kiwaliśmy się na boki, przytuleni do siebie. Mia tymczasem chodziła dookoła i robiła zdjęcia aparatem.

Ta chwila, ten moment, ten dzień, były najszczęśliwsze w moim życiu. I wiedziałam, że takich dni i chwil będzie jeszcze wiele.

Było i d e a l n i e. 

Mocniej wtuliłam głowę w jego ramię, wsłuchując się w cichy rytm muzyki. Runa miłości na mojej piersi wciąż biła z niesamowitą mocą, która rozlewała się po całym moim ciele. Miałam wrażenie, jakby ciepła fala zalała moje ciało, nadając mojemu sercu uczucie radości, bezpieczeństwa i nadziei. 

- Nie jesteś głodna? Jeszcze toast i tort - odezwał się Jace. Uśmiechnęłam się, wzdychając.

- Wiem, ale tak mi dobrze w tej pozycji. - Poczułam, jak jego ciało zadrżało, gdy się zaśmiał cicho. Niechętnie się odsunęliśmy i za ręce podeszliśmy do stołu, gdzie stały przyszykowane kieliszki z alkoholem. Jace podał mi jeden i sobie także. Inni widząc to z uśmiechem dołączyli.

- Jeden kieliszek na pewno nie zaszkodzi - zaczęła cicho Maryse, sięgając po naczynie, ale Robert złapał jej rękę, patrząc na nią ostrzegawczo. Podał jej szklankę z sokiem. Brunetka sapnęła niezadowolona, ale przyjęła szklankę.

- Witaj w klubie - powiedziała Mia, zderzając swoją szklankę z sokiem z Maryse. Każdy parsknął śmiechem.

- Cóż - odezwała się Celine, patrząc na mnie i na Jace'a. - Chciałabym wznieść toast za was oboje. Po tym wszystkim co przeszliście, zasługujecie na szczęście. Cieszę się Clary, że to na ciebie padło, aby zostać moją synową. Wiem, że zajmiesz się moim synem dobrze. Jeszcze raz witaj w rodzinie Herondale'ów! - Uniosła kieliszek, a inni jej zawtórowali. Upiliśmy łyk, kiedy do namiotu wpadli zdyszani Alec i Magnus. Dopiero teraz się zorientowałam, że uciekli gdzieś podczas tańca.

Jak gdyby nigdy nic poprawili marynarki i także sięgnęli po kieliszki. Spojrzałam pytająco na Jace'a, ale ten tylko starał się nie uśmiechnąć, mówiąc cicho:

- Byli zajęci.

Parsknęłam śmiechem.

No proszę, kiedy nasza miłość rozkwitła, to miłość Aleca i Magnusa powoli zaczynała. Niezręczną ciszę przerwał czarownik. Uniósł swój kieliszek. Alec poszedł w jego ślad.

- Wasze zdrowie, pączusie! Niech wam się wiedzie bez potrzeby użycia garnków, patelni i wałka!





Następny był tort. Wspólnie z ukochanym pokroiliśmy go na kawałki. Pierwszy kęs daliśmy sobie wzajemnie.

Zasiedliśmy wszyscy do stołów, zaczynając jeść. Dania były przepyszne. Maryse się spisała, nie ma co. Ja i Jace karmiliśmy się praktycznie cały czas.

- Jeżeli się ubrudzisz, jestem gotowy to z ciebie zlizać - powiedział. Wybuchłam śmiechem.

- Ja też, choć nie wiem czy to przystoi na weselu.

- To nasze wesele, słońce. Będziemy robić co nam się żywnie podoba. Do tego dochodzi jeszcze miesiąc miodowy.

Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.

- Jedziemy na miesiąc miodowy?! - spytałam. 

- Oczywiście, a co myślałaś?

- Myślałam, że musimy wyjechać do Bułgarii jak najszybciej, abyś mógł przejąć obowiązki.

- Szef tamtejszego instytutu zgodził się robić papierkową robotę jeszcze miesiąc zanim przejdzie na emeryturę.

- W takim razie, gdzie mnie zabierasz? - spytałam, nachylając się, aby pocałował go w policzek.

- To niespodzianka.

- Podpowiedź - zażądałam.

- Morski błękit - oznajmił i wstał, wyciągając do mnie ręce. - Więcej ze mnie nie wydusisz, a teraz chodź.

Spojrzałam na niego pytająco, ale on jedynie uśmiechnął się szerzej. Podałam mu ręce i pozwoliłam się wyprowadzić na zewnątrz. Za nami wyszedł Alec i pobiegł w stronę posiadłości. W ciemności zniknął mi z oczu. Wrócił dopiero po chwili... prowadząc za sobą coś wielkiego. Potężnego. Potrzebowałam co najmniej kilkunastu sekund zanim się zorientowałam, że parabatai Jace'a ciągnął za sobą konia    dużego, silnego, czarnego niczym smoła.

Rozdziawiłam usta i wytrzeszczyłam oczy. Przyłożyłam dłoń do ust, czując jako moje serce zaczyna walić szybciej.

Brunet oddał specjalnie przystrojoną na złoto uzdę Jace'owi, zaś ten oddał ją mi.

- Na Anioła - szepnęłam, dotykając gładkiego nosa zwierzęcia. Spojrzałam z niedowierzaniem na Jace'a i na Aleca. Brunet jednak tylko uniósł ręce ze śmiechem, tłumacząc się:

- Dziękuj mężowi, wysłał mnie po konia, bo nie chciał sobie brudzić rąk. - Spojrzałam z rozbawieniem na Jace'a i rzuciłam mu się na szyję.

- Przecież wiesz, że nie musiałeś!

- Musiałem, masz wielką posiadłość i żadnego konia. Ciągle wypożyczasz. Powinnaś zacząć używać tą staj... - Przerwałam mu pocałunkiem. 

- Jest piękny, dziękuję - wyszeptałam, po czym ponownie spojrzałam na konia. - Ma jakieś imię?

- Arctos.

- Czyli Chłód Północy - przetłumaczyłam, ponownie dotykając zwierzęcia. - Nie mogę się doczekać, aż na niego wsiądę. W każdym razie, ja też nie zapomniałam o prezencie ślubnym.

Nadal nie mogąc przestać się uśmiechać, przywiązałam Arctosa do gałęzi i poprowadziłam Jace'a z powrotem do namiotu, gdzie inni przeszli z powrotem na parkiet i bawili się w najlepsze. Podeszłam do stołu, gdzie było kilka prezentów od innych. Wzięłam nieduże, podłużne pudełko i podałam je ukochanemu.

- Mam nadzieję, że to nie wałek - powiedział, otwierając pudełko. W środku był sztylet, który został wykonany przez Żelazne Siostry specjalnie na moje zamówienie. Jasna stal o złotej rękojeści wysadzanej rubinami. Pochwa na broń była również ozdobiona.

- Ale uprzedzam - powiedziałam, widząc jego osłupiałą minę. Dotknęłam jego ramienia. - Wałek i tak mam, więc jeżeli będę zła to ten sztylet i tak ci nie pomoże.

- To robota Żelaznych Sióstr, prawda? - spytał, wyciągając broń. Palcem przejechał po boku ostrza jak i rękojeści.

- Tak - kiwnęłam głową. - Ten sztylet został zrobiony specjalnie dla ciebie.

- Jest wspaniały, dziękuję kochanie - powiedział i pocałował mnie namiętnie. Objęłam go, oddając pocałunek.





***




Kolejne godziny przetańczyliśmy wraz z pozostałymi. Oczywiście nie obyło się też bez zabaw. Jedną z nich było rozpoznanie panny młodej przez dotyk nogi. Pan młody musiał zasłonić oczy i dotykać po kolei nogi każdej z obecnych kobiet, w tym Mii. Ja byłam ostatnia, a Maryse przede mną. Kiedy Jace doszedł do Maryse, dotknął jej nogę, powiedział, że ta noga jest zdecydowanie za duża. Biedak będzie żałował do końca życia, że się nie ugryzł w język. Brunetka strzeliła go płaską dłonią w głowę tak mocno, że upadł na podłogę.

- Mamo, miej dla niego litość! - powiedział Alec, aż zwijając się ze śmiechu.

- Gdyby było inaczej już by nie żył! - warknęła Maryse, patrząc morderczo na Jace'a, kiedy ten zdjął zrezygnowany opaskę, rozmasowując obolałe miejsce. Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Uklękłam przed Jacem, całując go w policzek.

- Ta ciąża jej nie służy - mruknął.


Wkrótce nadszedł czas, abyśmy się udali na nasz miesiąc miodowy. Razem z Jace'm wyszliśmy na dwór, trzymając się za ręce. Pożegnaliśmy się czule z pozostałymi, po czym Magnus zaczął otwierać bramę. Ciekawość zżerała mnie od środka. Co Jace mógł wymyślić? Morski błękit, morski błękit... Może Karaiby? Albo Malta? 

Portal był już niemal gotowy, kiedy zdałam sobie z czegoś sprawę.

- Jace, nasze rzeczy! - krzyknęłam.

- Wszystko załatwiłem, o to się nie martw - powiedział z uśmiechem.

Odetchnęłam z ulgą, mocniej ściskając jego dłoń. Odwróciłam się ostatni raz, aby pomachać pozostałym.

- Dziękuję! Dziękuję wam za wszystko! - krzyknęłam. Poczułam, jak Jace całuje mnie w policzek. W tym samym czasie weszliśmy w portal.




Chwile później grunt pod moimi stopami stał się dziwnie nierówny. Czułam wiatr na twarzy, zapach morza, a do moich uszu dobiegł szum fal.

Otworzyłam powoli oczy. Wciąż trzymając Jace'a za rękę, rozejrzałam się dookoła; byliśmy na plaży, a dokładnie na jakieś wyspie. Chociaż było już ciemno, widziałam morze i czułam piach pod nogami. Nieco dalej dostrzegłam biały dom, który został oświetlony. Dom był osadzony na niewysokich skałkach, których było tutaj pełno dookoła. Tak samo jak ubogiej roślinności i gór. Stąd można było zobaczyć daleko światełka, które zapewne dochodziły od tutejszego miasteczka.

Spojrzałam pytającym wzrokiem na Jace'a.

- Gdzie jesteśmy?

- W Grecji - odpowiedział, otaczając mnie od tyłu ramionami. - Na Karpatos.

- Jest pięknie - powiedziałam i wskazałam palcem w stronę domu. - Tam się zatrzymamy?

- Owszem - oznajmił i zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, już byłam w powietrzu. Pisnęłam z zaskoczenia.

- Potrafię chodzić!

- Myślałem, że chcesz mieć męża, który będzie cię na rękach nosił! - zaśmiał się.

- Padniesz mi tu zaraz!

- Jesteśmy małżeństwem dopiero kilka godzin, jeszcze taki stary nie jestem!

Mój mąż poniósł mnie, aż do drzwi biało niebieskiego domu. Nogą otworzył je, po czym wniósł mnie do środka. Postawił mnie dopiero wtedy. Rozejrzałam się po mieszkaniu. Był to piękny dom o dużej kuchni, salonie, łazience i oczywiście sypialni z widokiem na morze. Ścianę przed łóżkiem zajmowało praktycznie jedno duże okno. Wnętrze było urządzone przytulnie i kolorowo; najwięcej w barwach błękitu i niebieskiego.

Stanęłam przed oknem sypialni, podziwiając widok; widać stąd było nie tylko morze, ale także góry i miasto w oddali. Przepięknie.

Właśnie wtedy poczułam, jak jego ciepłe dłonie oplatają mnie od tyłu w pasie. Oparł głowę o moje ramię.

- Dlaczego płaczesz? - spytał. Dopiero wtedy się zorientowałam, że obraz zaczął mi się zamazywać przed oczami. Kilka łez spłynęło po moich policzkach.

Wzruszyłam ramionami.

- To takie dziwne - wyjaśniłam. - To wszystko wydaje się być snem; ślub, wesele i to wszystko...

Jace odwrócił mnie do siebie i ujął moją twarz, scałowując łzy z mojej twarzy.

- To jest prawdziwe - szepnął, gładząc kciukami moje policzki. - Ty jesteś prawdziwa. Ja jestem prawdziwy. Wszystko się dzieje naprawdę.

- Boję się...

- Wiem - przerwał mi i mocno mnie przytulił. Przycisnęłam twarz do jego ramienia. - Ale będzie dobrze. Wiem to. Czuję to.







◊ Jace 





Chociaż trudno mi było patrzeć na te łzy, wiedziałem, że jej reakcja jest normalna. Bo mimo iż miłość nie była jej już obca, to szczęście i poczucie bezpieczeństwa owszem.

Jej dzieciństwo, a także prawie całe jej życie były przepełnione cierpieniem i strachem. Clary nie miała w sobie demonicznej krwi dopiero od około roku. Dopiero uczyła się nowych uczuć. Dopiero się zagłębiała. Dopiero poznawała wszystko to, za co kiedyś Valentine by ją ukarał.

Była tym samym miłością mojego życia... teraz moją żoną. Przysięgałem ją chronić i będę to robił, choćbym sam miał skończyć w piekle.

- Wciąż się zastanawiam dlaczego ja - wyszeptała, odsuwając się nieco ode mnie tak, aby móc spojrzeć mi w oczy. - Co ty we mnie widziałeś?

- Co nadal widzę - poprawiłem. - Widzę w tobie swojego anioła, Clary. Pamiętasz, co mówił dzisiaj Cichy Brat; drugą połówką. K o c h a m cię.

Jej zielone oczy lśniły od łez, które na szczęście przestały już płynąć. Wyglądała teraz tak pięknie; anioł w świetle księżyca. Dłonią sięgnęła po ozdobę w swoich włosach i ją wyjęła. To samo zrobiła z pozostałymi spinkami, aż loki opadły niczym płachta. Schowałem jej niesforny lok za ucho i ją pocałowałem. Mocno. Namiętnie. Oddała pocałunek, ale po chwili znowu się odsunęła. Z lekkim uśmiechem na twarzy sięgnęła do mojej muszki, którą zaczęła rozwiązywać. Nie mogłem nie odwzajemnić uśmiechu.

Kiedy pomogła mi zdjąć marynarkę, zabrałem się za jej suknie. Odwróciła się do mnie plecami, włosy przerzucając na bok, aby ułatwić mi dostęp do zamka. Powoli zacząłem go rozpinać. Materiał po obu stronach zaczął się rozstępować, ukazując gładką powierzchnię skóry jej pleców. Suknia cicho opadła na podłogę, pozostawiając ją jedynie w cielistej bieliźnie, butach i koronkowej, błękitnej podwiązce. Dotknąłem jej ramion, podczas gdy ona odwróciła się, aby zająć się moją koszulą. Myślałem, że rozepnie guzik po guziku. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy jednym mocnym ruchem rozerwała materiał. Dźwięk spadających guzików na podłogę tylko na chwile mnie rozproszył, bo właśnie wtedy rzuciła się na mnie z pocałunkiem. Łapiąc ją za oba uda, uniosłem w powietrze, nie odrywając od siebie naszych warg. Oplotła mnie nogami, kiedy niosłem ją w stronę łóżka.

Wiedziałem, że jeżeli była jakakolwiek cegiełka z muru, który budowała wokół swojego serca przez te wszystkie lata przez Valentine'a, to dzisiaj miała ona ulec całkowitemu zniszczeniu. Dopilnuję tego.












No i kolejny rozdział! Postanowiłam się zebrać i napisać dzisiaj kolejny, ponieważ jestem wam to winna po dłuuugiej nieobecności! Mam nadzieję, że rozdział się podobał ;)

Bardzo chciałabym wam podziękować za motywujące mnie komentarze i wyświetlenia. Jesteście motywacją do dalszego pisania i chęci do dzielenia się z wami jedną z moich wersji DA! <3 <3 <3

No i teraz smutna wiadomość: do końca bloga zostało nam już chyba 2-3 rozdziały, w tym epilog :(( Jak myślicie, jakie będzie zakończenie? ;D A jakie wy byście dali, gdyby to od was zależało? Ja już mam wszystko zaplanowane, ale ciekawa jestem, jaka jest wasza wersja?

Zachęcam do podzielenia się!!!

piątek, 24 listopada 2017

Rozdział 12 Jedność





◊ Clary 




18 kwietnia



- Brzoskwinia czy delikatna czerwień? - Maryse uniosła dwie pomadki, patrząc pytająco na Marię Carstairs, która tymczasem z tyłu czesała i upinała pasma moich włosów. Obie tak się przejęły, że nawet nie pozwalały mi spojrzeć lustro. Zasłoniły je prześcieradłem i kazały tylko siedzieć na krześle i być cicho. Więc się siedziałam, nerwowo bawiąc się palcami. Nerwy zżerały mnie od środka.


To dzisiaj...

Zaraz...

- Delikatna czerwień - powiedziała Maria, nie zaprzestając swoich ruchów nawet moment. Tymczasem Maryse otworzyła daną pomadkę, nakładając ją na moje usta. Chwile potem odsunęła się patrząc na mnie szerokim uśmiechem.


- Gotowe, wyglądasz wspaniale! - krzyknęła i zawołała Celine, aby ta oceniła jej dzieło. Blondynka podzieliła jej opinię, całując mnie szybko w czoło. Uśmiechnęłam się.


- Maria, za ile skończysz? Suknia już czeka - powiedziała Celine.


- Już nie długo! Daj mi pięć minut. - Tak, jak obiecała tak było; już po chwili dostałam pozwolenie, aby wstać z krzesła. Zrobiłam to z ulgą mogąc nareszcie rozprostować nogi. Kiedy się odwróciłam, za mną na parawanie wisiała już suknia ślubna; złota, z jedwabiu o starannie wykonanej, koronkowej górze. Na jej widok uśmiechnęłam się. Byłam gotowa ją włożyć, jak nigdy dotąd. Ona także wydawała się czekać, dlatego ściskając pasek szlafroka, podeszłam bliżej niej. Kobiety pomogły mi się w nią przebrać, abym nie uszkodziła makijażu, fryzury czy samej kreacji.


Pod koniec wystarczyło już tylko zrobić ostatnie poprawki: poprawić włosy, ułożyć materiał sukni i włożyć buty. Maria przyniosła mi granatowe pudełko, w którym były złote obcasy. Każdy obcas oplatała złota winorośl. Były przepiękne. Kobieta pomogła mi je ubrać. Chyba jeszcze nigdy nie czułam się tak wysoka.


- No - odetchnęła Maryse, gładząc swój brzuch. Razem z innymi stanęła z boku, mierząc mnie wzrokiem. Kobiety wyglądały równie wspaniale. Celine miała na sobie brzoskwiniową, prostą sukienkę bez ramiączek. Maria chabrową na ramiączkach do kolan, a Maryse ciemnozieloną, ciążową do kostek z długimi rękawami.


Blondynka z uśmiechem podeszła do lustra przede mną, aby ściągnąć z niego prześcieradło. Kiedy materiał opadł na ziemię, mój uśmiech powoli zaczął gasnąć. Poczułam, jak moje serce przyśpiesza. To nie siebie widziałam w lustrze. O nie. To była moja matka. Wyglądałam identycznie, jak ona na jej starych zdjęciach z młodości. Wyglądałam pięknie, niewinnie i dziewczęco, a zarazem dojrzale. Czułam się naprawdę pięknie i nikt nie mógł mi wmówić, że jest inaczej.


- Nie podoba ci się? - spytała ze strachem Maria.


- Nie o to chodzi - mruknęłam i pociągnęłam nosem, czując jak łzy powoli napływają do moich oczu. - Wyglądam jak Jocelyn.


Oczy dziewczyny w lustrze błyszczały. Włosy miałam upięte częściowo, bardziej z boku głowy, a w upięcie została włożona ozdoba z małych kwiatków i kilku perełek. Wydawało się, jakby to ozdoba podtrzymywała całą fryzurę choć w rzeczywistości wiedziałam, że Maria musiała użyć jeszcze kilku niewidzialnych spinek i lokówki, aby poprawić loki.


Makijaż także był wspaniały; naturalny, ale bardzo podkreślający atuty mojej twarzy.


No i suknia.

Ślubna.
Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek w życiu ją założę.

Valentine potępiał nawet śluby. Były one dla niego tylko sposobem na sojusz lub zawarciem jakiejś umowy.


- Jestem pewna, że byłaby z ciebie dumna i że jest przy tobie w tej chwili, chociaż jej nie widzisz - powiedziała Celine i podeszła, aby pogładzić mój policzek. Z uśmiechem wzięła od Maryse bukiet kwiatów, które wszystkie razem tworzyły wspaniałe odcienie fioletu. Jeden z kwiatów był identyczny co ten, który kiedyś Mia dała mi w oranżerii. Lilin. Wzięłam bukiet.


- Chodźmy już - powiedziała Maryse. - Już czas, nie każmy młodym czekać, w końcu nie wiedzieli się tydzień. Prawie. Jace już raz się z nią widział, a wczoraj przyłapałam go, jak wspinał się po rurze do jej okna. Najchętniej wytargałabym go za uszy, ale musi jakoś wyglądać.


Parsknęłam śmiechem i ruszyłam do drzwi, poprawiając przy tym pierścionek z kamienia księżycowego.











Jace 





- Oficjalnie stwierdzam, że śluby wcale nie są takie fajne - powiedziałem, zerkając ukradkiem do tyłu na Aleca. Ten jednak tylko przewrócił oczami.

- To, że dostałeś po łapach od Mii, nie znaczy, że nie są fajne.

- Zabroniła mi jeść muffinki! - syknąłem, zerkając na stół z wystawnymi deserami. - Na moim własnym ślubie!

- Będziesz mógł, ale dopiero potem, jak przyjdzie na to pora.

- Czekałem na to całe cholerne wesele cały tydzień. Nie wolno mi się było widywać z Clary, a teraz nie wolno mi jeść jedzenia na moim weselu. Gdzie tutaj jest fajnego?!

- Nie przesadzaj. - Zmroziłem go wzrokiem, kiedy on tym czasem tylko lekko się uśmiechnął, zerkając na Magnusa, który rozmawiał nieco dalej z moim ojcem.

- I kto to mówi, to nie ty miałeś tygodniowy szlaban na widywanie się z ukochanym - powiedziałem. Cichy Brat, który stał obok mnie, tylko patrzył przed siebie, choć wiedziałem, że doskonale mnie słyszy. 

Rozejrzałem się szybko po namiocie; stoły, złotawe nakrycia i ozdoby wyglądały magicznie. Świece i zawieszone na specjalnie unoszących się w powietrzu gałęziach (dziękujemy Magnusie) lampki, dodawały magicznego uroku. Drewniany parkiet błyszczał od ich blasku. Muzyka miała być grana z dwóch ukrytych w rogu głośników. Już teraz było słychać wydobywające się z nich ciche dźwięki pianina.

Jeszcze tylko chwila...

Chwila i zaraz ją zobaczę...

- Już czas! Wszyscy na miejsca! - oznajmił nagle Magnus. Dostrzegłem, jak do namiotu wchodzą Maria i Celine. Poszły zająć miejsca do stolików wraz z mężami. 


Wziąłem głęboki oddech, stając prosto.


- Gotowy? - spytał cicho Alec.


- Jak nigdy dotąd - odpowiedziałem.










◊ Clary 




- Gotowa? - spytała Maryse, poprawiając z tyłu moją suknie.

- Jak nigdy dotąd - odpowiedziałam, nabierając głębokiego oddechu. Serce waliło mi, jak oszalałe, a uśmiech nawet nie myślał się zmniejszyć.

Na Anioła...









Jace 





Na pierwszy rzut oka, nie poznałem jej, kiedy stanęła pewnie na progu wejścia do namiotu. Dopiero, kiedy jej wzrok odnalazł mój, zrozumiałem, że to ona; tak piękna, że żaden inny anioł nie mógłby jej dorównać.

Moja Anielica...


Kiedy kroczyła powoli w moją stronę, złota suknia poruszała się wraz z nią przypominając wodę; lekko naruszoną taflę wody. Zupełnie, jakby płynęła.

Patrząc na nią, nie mogłem uwierzyć, ile razem musieliśmy przejść, aby dożyć tej chwili. Pierwsze spotkanie na balu, pierwsza rozmowa, chwila w oranżerii, gdy razem graliśmy na pianinie, a potem kiedy uratowałem ją po tym, jak zaczęła się topić w morzu. Chwile pierwszego pocałunku, objęć, zwierzeń, pierwszych łez. Ran, straty, bólu, miłości, wojny... śmierci.


Wspomnienia tylko sprawiły, że miałem ochotę do niej podbiec i ją objąć. Objąć i nigdy nie puszczać. C h r o n i ć.










◊ Clary 





Choć moje serce biło, jak oszalałe. Oddychałam głęboko, starając się w myślach liczyć kroki. Właśnie, starałam się, ale moje myśli pędziły tylko do Jace'a. Sekunda zdawała się być godziną, a godzina wiecznością...

Już blisko...

Jeszcze parę kroków...

Był tak blisko. Stał przy ołtarzu, czekając na mnie    czekając, aż staniemy się jednością na wieczność. Do śmierci, po śmierci.


W momencie, kiedy nareszcie wyciągnął do mnie dłoń, a nasza skóra się zetknęła, niemalże wszystkie wspomnienia we mnie eksplodowały; wszystko stanęło mi przed oczami, od pierwszego spotkania po obecną chwilę.


Oddałam kwiaty Maryse.


Ciepło jego dłoni, nieco mnie uspokoiło. Stanęliśmy na przeciwko siebie, patrząc sobie w oczy. W tej chwili nawet nie potrzebowaliśmy słów. Wystarczył dotyk i spojrzenie.


Głoś Cichego Brata rozległ się w naszych głowach:


"Kiedy Anioł Razjel stworzył Jonathana Nocnego Łowce, o prócz trzech darów, zesłał mu także runy, które przez wieki zdobiły ciała nasze i naszych przodków. Biorąc pod uwagę to, że jesteśmy wojownikami, zesłał nam runy, które pomagały nam walczyć z wiecznymi wrogami. Pamiętał jednak, że jesteśmy także ludźmi    ludźmi, którzy mają także serce, które ma swoją drugą połówkę. Jak wiemy, tylko nieliczni mają zaszczyt ją odnaleźć i przyjąć jedną z dwóch run, które choć podobne do innych, tak naprawdę są najpotężniejsze, bo łączą te dwie połówki w jedno. Takimi połówkami są dzisiaj Clarissa Adele Morgenstern i Jonathan Herondale. Zebraliśmy się dzisiaj, aby być świadkami tego, jak łączą się w jedno poprzez runę równej runie parabatai    runę miłości."


Razem z Jace'm oderwaliśmy wzrok od Cichego Brata, aby spojrzeć na siebie. Nie mogliśmy się powstrzymać od uśmiechu i mocniejszego ściśnięcia dłoni. Z trudem przełknęłam ślinę.


"Czy świadkowie potwierdzając swoją obecność?"


- Potwierdzamy - odpowiedzieli w tym samym czasie Alec i Maryse. Tak, Maryse była moim świadkiem. Uznałam, że będzie najodpowiedniejszą osobą.


"Powtarzajcie za mną"




Cała reszta formułki poszła tak, jakbyśmy znali ją na pamięć i mówili sobie każde słowo od serca. Bo tak było.




- Ja, Clarissa Adele Morgenstern...

- Ja, Jonathan Herondale...


- Biorę ciebie za męża...

- Biorę ciebie za żonę...


- ... i przysięgam ci być przyjaciółką, żoną...

- ... i przysięgam ci być przyjacielem, mężem...


- Przysięgam być ci lojalną i cię miłować.

- Przysięgam być ci lojalnym i cię miłować.


- W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w biedzie, w walce czy w spokoju, gotowa będę oddać za ciebie życie. Twoja krew, moją krwią. Serva me, servabo te*.

- W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w biedzie, w walce czy w spokoju, gotów będę oddać za ciebie życie. Twoja krew, moją krwią. Serva me, servabo te*.


- ... do śmierci i po śmierci, Anioł niech mi będzie świadkiem.

- ... do śmierci i po śmierci, Anioł niech mi będzie świadkiem... i niech mnie piekło pochłonie, jeżeli spojrzę na inną. - Na końcówkę uniósł się dźwięk cichych chichotów. Ja też nie mogłam się nie uśmiechnąć.

"Naznaczcie się runami miłości, przypieczętowując słowa przysięgi."


Odwróciłam się, aby wziąć stele od swojej świadkowej. Następnie rozpięłam kilka guzików koszuli Jace'a, aby następnie przyłożyć przedmiot do jego skóry i precyzyjnie wypalić na niej runę miłości    wieczny znak tego, że od teraz będziemy jednością. Nawet nie drgnął, kiedy to robiłam. Widziałam jednak uśmiech na jego twarzy.


Kiedy skończyłam rysować runę, chciałam się odsunąć, ale Jace szybko złapał mój nadgarstek i ucałował dłoń, w której nadal trzymałam stele.


Posłałam mu uśmiech, po czym oddałam przedmiot Maryse. Teraz blondyn wziął od Aleca swoją pamiątkę, a następnie lekko odchylił koronkę przy dekoldzie sukni. Oddychałam głęboko, starając się oddychać przez nos. Kiedy czubek steli zaczął kreślić runę, patrząc mi tym samym w oczy. Złote tęczówki niemalże mówiły "na zawsze".


Cała chwila kreślenia sobie run, trwała zapewne jakąś minutę... ale dla mnie sekunda zdawała się być godziną... wiecznością, która wciąż wydawała się być zbyt krótka.


"Runy zostały nałożone, a dwa serca, dwa ciała i dwie dusze, stały się jednością. W imieniu Anioła Razjela, ogłaszam was mężem i żoną. Niech runa zdobiąca waszą pierś, będzie tego dowodem."


Cichy Brat ledwie skończył swoją formułkę, kiedy ramiona Jace'a przyciągnęły mnie do siebie. Teraz nasze usta także stały się jednością. Jedną wspaniałą jednością. My byliśmy j e d n o ś c i ą.

Był  m ó j.

Byłam  j e g o.
Należeliśmy do  s i e b i e.

Teraz.

Na zawsze.






***





Celine rzuciła się na nas jako pierwsza. Przytuliła nas mocno, oboje wycałowując i gratulując.

- Witaj w rodzinie - powiedział Stephen z szerokim uśmiechem, kiedy jego żona, a moja nowa teściowa się odsunęła. Wyściskał mnie i w ojcowskim geście ucałował w policzek.

Maryse i Robert także nie szczędzili uścisków i gratulacji, zupełnie tak jak i Carstairsowie oraz Magnus z Alekiem. Parabatai Jace'a wyściskał go, podczas gdy Magnus sprawił, aby z jego palców na naszą cześć wystrzelił deszcz kolorowych iskierek.

- Gratulację, pączusiu! Z małej dziewczynki stała się panna młoda! - powiedział.

- Przypomnij mi potem, aby cię poprosiła o zmianę mojego przezwiska - powiedziałam się, unosząc dłoń, chcąc złapać iskry. Te jednak opadały, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

- Clary!!! - odsunęłam się od ściskającego mnie teraz Aleca, kiedy zauważyłam Mię przepychającą się przez dorosłych; Nie starając się być miłą, odpychała ich na boki, aby utorować sobie przejście. Rzuciła się mi i Jace'owi na szyję, a my wzięliśmy ją wspólnie na ręce.

- Ja wiedziałam, że będziecie razem - oznajmiła z uśmiechem i odwróciła głowy do pozostałych. - Już wtedy, kiedy Clary groziła Jace'owi, krzycząc na cały instytut, że wyrwie mu serce i powiesi na najwyższym szczycie instytutu.

Każdy obecny (z wyjątkiem odchodzącego Cichego Brata) wybuchł śmiechem.

- Już wtedy zachowywali się jak stare dobre małżeństwo - zgodziła się Maryse.

- Będzie się działo przez następne lata, nie ma co - uśmiechnął się Jace, kiedy odstawiliśmy Mię. - Ale na dobry początek! - krzyknął po chwili i zanim zdążyłam się zorientować, już trzymał mnie w powietrzu.

- Jace! Nie! - krzyczałam, śmiejąc się wniebogłosy.

- Tak, tak! Pierwszego tańca nie odpuszczę! - odpowiedział. Postawił mnie dopiero na parkiecie. Podczas, gdy inni poszli zasiąść do stołu. Muzyka w tle się wzmocniła, przyjmując dźwięki romantycznego pianina.

Jace odsunął się ode mnie o krok i wyciągnął dłoń, starając się przyjąć udawany poważny wyraz twarzy.

- Żono.

- Mężu - odpowiedziałam, niemalże czując motylki w brzuchu, wymawiając słowo "mąż".

Podałam mu dłoń, ustawiając się do pozycji tanecznej. Zaczęliśmy się poruszać w delikatny, wolny, zmysłowy rytm muzyki; raz kiwając się na boki, robiąc obrót lub stawiając przypadkowe kroki.

Nie było dla mnie ważne, jak tańczymy. Najważniejsze, że razem. I tylko to się liczyło.

Dotyk.
Oddech.
Widok.
Zapach.








Jace 




Nie potrzebowała skrzydeł.
Nie potrzebowała białej sukni.
Nie potrzebowała aureoli.

Nie potrzebowała żadnych z tych rzeczy, abyś być aniołem.
Ona już nim była.
Była.
Jest.
Będzie.

Moim aniołem...

- Mam wrażenie, że musiałem czekać wieczność na tę chwilę - odpowiedziała, odnajdując mój wzrok. Popatrzyłem w jej szmaragdowe oczy, składając delikatny pocałunek na jej czole.

- Ja też, słońce - odpowiedziałem.

- Czuję się, jak w bajce; spokój, szczęście, miłość. Tak piękne, że aż nierealne.

- A jednak - uśmiechnąłem się, unosząc jej dłoń, aby zrobiła piruet.

- A teraz przyznaj się, Herondale - zaśmiała się. - Ile razy faktycznie starałeś się wkraść do mojego pokoju przez ostatnie siedem dni? Maryse strzela, że dwa.

- Cztery - poprawiłem z dumnym uśmiechem, ale zaraz po tym westchnąłem. - Niestety, tylko jeden raz mi się powiodło. Na każdym kroku mnie pilnowali. Szczególnie Alec; nie chciał, aby Maryse obiła mi twarz patelnią.

- Na szczęście nie będziesz się już musiał bać patelni, kiedy będziesz chciał się ze mną spotkać.

- Dla ciebie poruszyłbym niebo i piekło.

- Wiem. Oboje byśmy to dla siebie zrobili... i już zrobiliśmy... w pewnym sensie. Lilith i Seraphina zapewne są na siebie wściekłe za to - przypomniała, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Oboje nie potrafiliśmy.

- Kocham cię, Clarisso Herondale - wyszeptałem, bardziej się do niej zbliżając.

- A ja ciebie, Jasie Herondale - odszepnęła, opierając głowę na moim ramieniu.



Wzrokiem przemierzyłem namiot, spodziewając się, że wszyscy jeszcze jedzą, ale okazało się, że tańczą. Tylko Magnus i Alec dyskretnie się oddalili na zewnątrz. Mia tymczasem krążyła po namiocie z aparatem w dłoniach.


                                                                

* Uratuj mnie, a ja uratuję ciebie.