piątek, 22 września 2017

Rozdział 10 Co dalej?

◊ Clary 




Miałam wrażenie, że kołyszę się delikatnie w rytm otaczających mnie fal. 
Było tak cicho.  
Było tak ciemno.
Nie czułam niczego z wyjątkiem niemego spokoju.

W końcu jednak zaczęłam coś czuć.
W i b r a c j e.
I uczucie spadania.

Poczułam coś mokrego na policzku. W jednej chwili wróciło do mnie uczucie ciała. Zaczęłam nawet słyszeć. A słyszałam ciche szeptanie... szlochanie. Ktoś płakał i coś mówił. Dopiero po chwili zrozumiałam, co;

- Wróć do mnie.

Rozchyliłam zaspane powieki, ale od razu je zamknęłam z powodu rażących mnie promieni słonecznych. Właśnie wtedy poczułam, jak czyjeś ciepłe dłonie dotykają moich policzków. Ktoś się nade mną nachylił, zasłaniając rażące światło. Znowu otworzyłam oczy, tym razem natykając się na spojrzenie złotych tęczówek.

Zamrugałam kilka razy.
Poczułam, jak moje serce przyśpiesza.

Wiedziałam do kogo należały te oczy.
Wiedziałam do kogo należały te dłonie.

- Jace - wyszeptałam, uśmiechając się sennie. Czułam się zmęczona i wycieńczona z jakiejkolwiek energii. Dłoń, którą uniosłam, aby dotknąć jego twarzy, zadrżała i opadła. Nie miałam siły nawet nią poruszyć.

- Jace - szepnęłam ponownie, oddychając co raz szybciej.

On żył.
On żył.
On żył.

- Clary - zaczął, nachylając się jeszcze bardziej. Leżałam, głowę mając opartą o jego kolana. - Clary, na Anioła, żyjesz... Boże... Coś ty zrobiła?

W pierwszej chwili chciałam go wyśmiać. Ja żyję? To ty żyjesz, chciałam krzyknąć, ale jedyne co wydobyło się z mojego gardła, to ciche stęknięcie.

Dlaczego jestem taka zmęczona...

- Nie ruszaj się - nakazał. Poczułam, jak mój nadgarstek coś oplata. Spojrzałam w jego stronę, dostrzegając, jak palce Jace'a zaciskają wokół niego kawałek jakiegoś materiału, a następnie wypalają obok iratze.

Zanim się obejrzałam, poczułam, jak podłoże znika, a ja znajduję się w powietrzu. Blondyn wziął mnie na ręce i zaczął nieść przez las. Coś mi się jednak nie zgadzało.

- Jonathan - wyszeptałam. - I Isabelle... Izzy...

- Cii - odpowiedział mi równie cicho. Ale ja nie chciałam milczeć. Chciałam mówić. Chciałam krzyczeć. Chciałam powiedzieć światu co się stało i dowiedzieć się, co z Jonathanem i Isabelle. Co z pozostałymi.

Los nie był dla mnie jednak tak łaskawy, bo mimo moich wewnętrznych protestów, moje ciało oddało się w objęcia Morfeusza.





***






Tym razem zamiast batów i Valentine'a, w moich snach zagościła Jocelyn. Jej obecność niosła ze sobą spokój i dobroć, kiedy szła w moją stronę brzegiem morza. Lekki wiatr i szum fal wypełniał powietrze.

Kiedy się do mnie zbliżyła, jej twarz była taka sama, jaką ją zapamiętałam; lekko uśmiechnięta o smutnych oczach.

Dotknęła mojego policzka. Jej dłoń była zimna, ale nie pozwoliłam jej się odsunąć. Ujęłam ją.

- Obudź się, Clary - powiedziała.






***





Otworzyłam oczy. Zamrugałam kilka razy, rozglądając się    byłam w posiadłości Herondale'ów. W pokoju Jace'a. Zasłony były zasłonięte, choć przebijało się przez nie światło dzienne. Kiedy usiadłam, zorientowałam się, że mam na sobie czystą koszulę nocną. Ktoś musiał mnie umyć i przebrać. Przypominając sobie ostatnie chwile, spojrzałam szybko na nadgarstek, ale ten był tylko owinięty bandażem.

Jace.
Isabelle.
Jonathan.
Asmodeusz.
Wszyscy.

Zeskoczyłam z łóżka, ale od razu podparłam się stolika. Zachwiałam się, ale po chwili odzyskałam równowagę. Sięgnęłam po koc przewieszony przez oparcie krzesła i się nim okryłam.

Zastanawiałam się, ile spałam. Musiałam znaleźć pozostałych. Wyszłam na korytarz, ale powitała mnie wyłącznie cisza. Schodząc po schodach, miałam nadzieję natknąć się na kogoś ze służby, ale najwidoczniej wciąż pozostawała odesłana.

Idąc korytarzami w końcu zaczęłam słyszeć głosy dobiegające z jadalni. Zbliżyłam się do prowadzących do niej lekko uchylonych drzwi. Zajrzałam ukradkiem do środka, widząc rodzinę Herondale'ów. Jednak nie całą; Stephena brakowało. Na samą myśl, żołądek podszedł mi do gardła... i dał o sobie znać. Byłam niemiernie głodna, a zapachy dobiegające z pomieszczenia tylko mnie w tym uświadamiały.

Niepewnie zdecydowałam się wejść do środka. Mia była pierwsza, która mnie dostrzegła; od razu odsunęła się od stołu i do mnie podbiegła, zwracając uwagę Celine i Jace'a. Złapałam dziewczynkę, mocno ją obejmując.

- Obudziłaś się, obudziłaś! - powiedziała, nerwowo podskakując.

- Tak - pokiwałam głową i uniosłam wzrok. Moja przyszła teściowa, a także przyszły mąż wstali, aby do mnie podejść. Celine była następna, aby mnie przytulić. W jej oczach było widać zmęczenie.

- Clary. - Spojrzałam na blondyna. Patrzył na mnie z czułością i ulgą. Poczułam łzy w oczach. 

On żyje...
On żyje...
On żyje...
On żyje...

Wpadliśmy sobie w ramiona po długim czasie rozłąki. Żywi. Cali. Zdrowi. Wzięłam głęboki oddech, wdychając jego cudowny zapach. Pozwoliłam mu się unieść i zakręcić w powietrzu.

- Aniele - wyszeptał w moje włosy, mocno przyciskając moją głowę do swojej piersi.

- Jace - zaczęłam.

- Dlaczego to zrobiłaś? - Odsunął mnie od siebie, ale wciąż trzymał dłonie na moich ramionach. Patrzył na mnie z rozpaczą.

- Myślałam, że nie żyjesz - powiedziałam, czując więcej łez. Zaczęłam kręcić głową. - Myślałam, ż-że cię straciłam! Seraphina cię otruła... a antidotum się zbiło... ja... Jace...

Znalezione obrazy dla zapytania romantic hug gifNie pozwolił mi dokończyć, tylko znowu przyciągnął mnie do siebie, ściskając moje drżące od płaczu ciało.

Pozwoliłam sobie płakać.
Oddałam uścisk i dałam łzą płynąć.

- Cii - szeptał. - Już dobrze.

- Co z pozostałymi? - spytałam, odsuwając się nagle. - Co z wojną?

- Spokojnie - powiedział, wciąż nie puszczając moich ramion. - Najpierw usiądź i coś zjedz, wtedy porozmawiamy.

Moja ciekawość była ogromna, ale uczucie głodu także dawało o sobie znać. Dałam się więc poprowadzić do stołu i odsunąć sobie krzesło. Zaraz po tym, Celine przyniosła mi talerz pełen naleśników i syropu.

- Jak się czujesz? - spytała, kiedy wzięłam pierwszy kawałek do ust.

- Dobrze... długo spałam? 

- Kilka dni - odpowiedziała Mia. - Baliśmy się, że się nie obudzisz.

- Mia - skarcił ją Jace, po czym spojrzał na mnie przepraszająco. - Nic z tych rzeczy. Po prostu nie wiedzieliśmy, kiedy się obudzisz. Byłaś wycieńczona z energii. Magnus powiedział, że straciłaś dużo... - urwał na moment, aby spuścić wzrok. -... krwi.

Ja także spuściłam wzrok. W środku jednak poczułam ulgę na wiadomość, że z Magnusem wszystko w porządku.

- Podczas wojny otoczyły mnie demony i obezwładniły. Zaprowadziły mnie do Seraphiny. Wtedy jej demon przywlókł twoje ciało - powiedziałam w końcu. - Myślałam, że ty... Ale Seraphina powiedziała, że zostałeś otruty, że jeszcze żyjesz. Antidotum mogłam dostać tylko wtedy, kiedy bym ją pokonała. Zaczęłam z nią walczyć i przegrywałam i wtedy zjawił się Jonathan... z  c i a ł e m Isabelle na rękach. - Uniosłam wzrok, aby spojrzeć na pozostałych, ale wszyscy, nawet Mia, nie ważyli się pójść moim śladem. Aktualnie to talerze były teraz najciekawszym punktem obserwacji.

- Co dalej? - spytał cicho Jace.

- Zaczął się sprzeciwiać Seraphinie... był zły, że zabiła Isabelle. Wtedy zjawił się także Asmodeusz... razem z dzieckiem jego i Seraphiny. Kazał jej się poddać, grożąc, że w przeciwnym razie zabije ich dziecko. - Na samo wspomnienie, musiałam wziąć głęboki oddech. Odłożyłam sztućce i odsunęłam od siebie talerz, mimo iż było na nim jeszcze połowa tego co dostałam.
- Zrobiła to - wyszeptałam. - Poddała się. Oddała władzę Asmodeuszowi... A wtedy on poderżnął jej gardło, kiedy sięgała po dziecko. Je także zabił. - Ponownie zbierało mi się na płacz, ale łez miałam o wiele za mało.

- Co się stało potem? - odezwała się Mia. Patrzyła na mnie smutnymi, złotymi oczami.

- Asmodeusz zniknął, a ja zaczęłam przeszukiwać Seraphinę, aby znaleźć antidotum...i znalazłam. Rozbitą fiolkę. - Usłyszałam, jak Celine nabiera powietrza. - Właśnie wtedy ja... ja... wzięłam to szkło... - Nie dokończyłam, bo Jace ścisnął moją dłoń, na której widniał jego sygnet.

- Jonathan nic nie widział - zaczęłam, odwracając głowę, aby na niego spojrzeć. - Rozpaczał nad ciałem Isabelle. Nic nie widział. Kiedy byłam już na... na skraju... zobaczyłam Seraphinę. Żywą, ale... zupełnie nie czułam od niej demonicznej krwi. No i... prześwitywała. Ona cię... - urwałam, kiedy Celine nagle zerwała się z krzesła. Wybiegła z jadalni tak szybko, że nie zdążyłam nawet zobaczyć jej twarzy. Nie wiedziałam więc, czy była na mnie zła, czy płakała. Jednak po kilku minutach rozwiała moją ciekawość, kiedy wróciła z jakąś książką w dłoni. Nie zdążyłam zobaczyć tytułu, ponieważ położyła ją u szczytu stołu i zaczęła przeglądać.

- Mamo? - zaczął Jace niepewnie, ale kobieta go zignorowała. Dopiero po kilku sekundach zatrzymała palce na jakiejś stronie i wzrokiem zaczęła ją lustrować z lekko zmarszczonymi brwiami.

- Czy Seraphina coś mówiła, kiedy ją zobaczyłaś? - spytała w końcu, patrząc na mnie.

- Powiedziała, że po śmierci widziała, jak chciałam uratować jej dziecko, kiedy Asmodeusz je zabijał...

- To był jej duch - przerwała mi. - Najczęściej pojawiają się one, gdy za życia miały coś do zrobienia. Prawdopodobnie Seraphina chciała ci się odwdzięczyć.

- Przywracając Jace'a do życia - dokończyłam, patrząc ponownie na blondyna. Splotłam nasze dłonie mocniej.

Nie bójcie się więc tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą - przeczytała Celine.

- To samo powiedziała Seraphina - powiedziałam, przypominając sobie jej cichy głos. Wskazałam głową na książkę. - Co to jest?

- Biblia - oznajmiła z lekkim uśmiechem i zamknęła księgę, aby następnie ją podnieść i pokazać złote literki na czerwonej oprawie.

Spojrzałam z czułością w złote oczy ukochanego. Kryła się w nich ta sama miłość, co zawsze. M i ł o ś ć. Valentine się nie mylił, bo kochać znaczy niszczyć... Ale nawet on nie znał prawdziwego znaczenia swoich słów. Bo prawdziwe znaczenie było takie, że każdy kto kocha, jest gotowy dla tej miłości dać się zniszczyć... poświęcić. A kiedy ta miłość umiera, my umieramy razem z nią. 




***




Po śniadaniu przenieśliśmy się do salonu. Tak jak podejrzewałam; służba wciąż pozostawała odesłana.

Podczas gdy Mia poszła potrenować, Celine i Jace zgodzili mi się wszystko wyjaśnić. Chociażby to, że od wojny minęło kilka dni, a zakończyła się ona tak, że wszystkie demony w pewnej chwili zmieniły się popiół. 

Stephena nie było z nami ponieważ od dwóch dni wciąż był po za domem, pomagając zbierać ciała poległych z pola bitwy. Poczułam ulgę, kiedy się o tym dowiedziałam. Jace nie stracił nikogo bliskiego, nawet Aleca. Mimo to Lightwoodowie nie mieli, aż tyle szczęścia; Isabelle, tak jak podejrzewałam, nie wróciła do życia. Zginęła. Jonathan osobiście odniósł jej ciało do Sali Anioła i dał się pojmać. Clave zdążyło go przesłuchać mieczem anioła i tym samym dowiedziało się, że również dzięki niemu Asmodeusz zdecydował się sprzeciwić Seraphinie. Można więc powiedzieć, że nasz brat działał na dwa fronty. Nie otrzymał wyroku śmierci ani pozbawienia run, ale został wygnany. A to znaczyło, że już nigdy nie może wrócić do Idrisu czy nawet szukać schronienia w jakimkolwiek instytucie. Ma obowiązek wypełniać obowiązek Nocnego Łowcy jak najdalej od pozostałych nefilim.

- Zanim wyjechał, zdążyłem się dowiedzieć, że zakwateruje się we Francji w Orleanie. Zgodził się wysłać mi dokładny adres, kiedy będzie wiedział gdzie zamieszka - wytłumaczył Jace. Byłam mu wdzięczna, dzięki niemu, będę się mogła widywać z Jonathanem. Może nie tak często, ale jednak.

- A co z pozostałymi? - spytałam.

- Jak wiesz jest wielu poległych - zaczęła Celine ze smutkiem w oczach. - Demony zdążyły się przedostać do murów miasta, ale nie do Sali Anioła. Mimo wszystko Paul... - urwała spuszczając pełen smutku wzrok. Nie musiała kończyć. Moje oczy także zaszły łzami.

- Carstairsowie są w żałobie - powiedział cicho Jace, bardziej mnie do siebie przyciągając. - Zgodzili się przyjąć pod swój dach Annabeth. Mimo wszystko traktują ją jak synową, chociaż ona i Paul nie zdążyli się pobrać nawet przed wojną.

Schowałam twarz w dłoniach. Mogłam się tylko domyślać, jak bardzo Annabeth w tej chwili cierpiała.

- Carina Tyrell także nie żyje - oznajmiła Celine. - Podczas wojny kolec demona sparaliżował jej nogi. Kiedy znalazła się w lecznicy, było już za późno, stwierdzono, że zostanie niepełnosprawna.

- Popełniła samobójstwo - odezwał się Jace. - Podcięła sobie nadgarstki w nocy, kiedy nikt nie patrzył.

Mimo moich złych relacji z dziewczyną, kilka moich łez spłynęło za nią po moich policzkach. Po części ją rozumiałam; w końcu jaki Nocny Łowca chciałby żyć jako kaleka. Na jej miejscu każdy nefilim zrobiłby to samo.

- To już wszyscy? - spytałam po dłuższej chwili.

- Tak - Blondyn kiwnął głową. - Tylko Robert doznał nieco większych obrażeń, ale po za tym będzie żył. Wczoraj wrócił z lecznicy do domu. Maryse czuwa przy nim bez przerwy. - Nie byłam pewna, ale chyba dostrzegłam na jego twarzy lekki uśmiech. Celine dostrzegła moją ciekawość, bo również się uśmiechnęła, tłumacząc:

- Maryse spodziewa się dziecka.

Rozdziawiłam usta. Moje serce zabiło mocniej na tą wiadomość, ale szczęście, które objęło moje ciało i tak po chwili opadło. Powinnam się cieszyć na taką wiadomość. Powinnam się radować, że Lightwoodowie mimo straty jednego dziecka i tak będą mieli kolejne. Ale w pewnym sensie... raniło mnie to. Tak t r o c h ę. W środku. Wiedziałam, że to wredne i samolubne... ale zazdrościłam Maryse. Podczas gdy ona była w ciąży po raz czwarty, ja byłam raz... i ostatni.

- Hej - Dłonie Jace'a ujęły moją twarz, a jego usta złożyły czuły pocałunek na moim czole. Następnie przyciągnął mnie do siebie, lekko gładząc moje plecy. - Nie smuć się, Aniele. Będzie dobrze. Po pogrzebie wyjedziemy gdzieś na jakiś czas, a potem zaczniemy planować ślub, słyszysz? Będzie dobrze.

Na znak zrozumienia pokiwałam głową. Jego słowa były dla mnie dużym ukojeniem, ale nawet one nie będą mogły nigdy wypełnić tej małej pustki w środku, która zawsze już będzie pusta.










Mam nadzieję, że rozdział się podobał! Miał być dopiero w następny piątek, ale wzięłam się w garść i aby uczcić moją przerwę między egzaminami, pomyślałam, że trochę sobie popiszę! :D

czwartek, 7 września 2017

100 000 WYŚWIETLEŃ !!!

NA ANIOŁA! 100 000 WYŚWIETLEŃ!!! Chciałabym wam bardzo za to podziękować Aniołki <3 Dziękuję za waszą obecność, aktywność i za wasz poświęcony na czytanie tego fanfiction czas; jednym słowem dziękuję, że jesteście <3 <3 <3

Dziękuję swojej parabatai, która daje mi porządnego kopa wtedy, kiedy się użalam nad sobą i gdy nie mam weny <3

Myślę, że te 100 000 wyświetleń, to będzie idealna okazja, aby podzielić się z wami nowiną, która... hmmm... trwa już jakiś czas? Tak, można tak powiedzieć :D A więc... ostatnio zaczęłam zaglądać urywkami do jednej z moich ulubionych serii naszej kochanej Cassandry Clare, a mianowicie do Diabelskich Maszyn i po prostu myślałam, że się popłaczę, jeżeli ponownie nie wejdę w myśli bohaterów i nie wykorzystam nowych pomysłów i inspiracji. Myślę, że niektórzy z was się już nawet domyślają, o co może chodzić.

A więc...
TATATATAAAAM!

NOWE FANFICTION O DIABELSKICH MASZYNACH!
Moja przygoda z ff jeszcze się nie zakończyła, a już w szczególności z DM.


Jeżeli dalej jesteście gotowi mnie znosić i jesteście zainteresowani, to serdecznie was zapraszam:


niedziela, 3 września 2017

Rozdział 9 Świt

◊ Clary 



Krew dalej skapywała ze sztyletu, kiedy Asmodeusz zaczął się podnosić z kamienną twarzą. Polanę wypełniła kamienna cisza, a jedynie co słyszałam to swoje głośne bicie serca. Moje oczy nadal były szeroko otwarte, kiedy ciało Seraphiny leżało nieruchomo na ziemi. Więcej łez spłynęło po moich policzkach. Czułam ulgę zmieszaną ze smutkiem.

Mimo wszystko, to była moja siostra.
Kiedyś przyjaciółka.
Rodzina.

Ocknęłam się dopiero na płacz dziecka, które zupełnie jakby wyczuło powagę całej sytuacji. Automatycznie przeniosłam wzrok na Asmodeusza i niemowlę, które wciąż trzymał. Przeniósł spojrzenie swoich czarnych oczu na mnie. Po chwili upuścił sztylet i dłoń położył na maleńkiej twarzy. Z jego palców wydobyła się czarna mgła, która objęła całe zawiniątko. Spojrzałam pośpiesznie na Jonathana z nadzieją, że ten jakoś zareaguje, ale on tylko zamknął oczy i odwrócił wzrok. Skrzywił się, kiedy krzyk niemowlęcia się nasilił.

Ja nie potrafiłam odwrócić wzroku.
Patrzyłam z przerażeniem w oczach, nie potrafiąc się ruszyć.

Nie minęła minuta, a płacz dziecka ucichł i pochłaniająca je czarna mgła, znikła; z dłoni demona posypał się tylko proch.

Przyłożyłam dłoń do ust, tłumiąc krzyk w moim gardle. Oczy demona przeniosły na mnie swój wzrok. Nie trwało to długo, bo zaraz potem demon odwrócił się do mnie plecami i wokół nas rozległ się mocny wiatr. Z jednym mocnym obrotem, Asmodeusz zniknął, a podmuch razem z nim.

- To koniec - powiedział Jonathan. Spojrzałam na niego, ale on tylko opadł na kolana i ostrożnie położył ciało brunetki przed sobą, chowając twarz w zagięcie jej szyji. W jednym momencie przypomniałam sobie o Jace'sie. Dotknęłam szybko jego twarzy i przyłożyłam palce do jego pulsu. Był wyczuwalny, ale bardzo słaby. Rzuciłam się w stronę ciała Seraphiny i ignorując jej obrażenia. Zaczęłam przeszukiwać każdą kieszeń, usiłując znaleźć schowaną przez nią fiolkę z antidotum.

W jednej z kieszeni na nodze wyczułam coś. Wsadziłam szybko palce pod materiał z narastającą nadzieją. Ale kiedy wyciągnęłam dłoń, spoczywały na niej tylko odłamki mokrego szkła.

- Nie - powiedziałam, krzywiąc się ze strachu. - Na Anioła, nie! NIE! - Moje palce ponownie znalazły się w kieszeni, szukając w niej dalej, ale zostały tam tylko pozostałości samej fiolki jak i jej zawartości.

- Nie! - krzyknęłam, zaciskając dłonie, na których wciąż były kawałeczki szkła. Poczułam, jak wbijają się one w moją skórę, mimo rękawic ochronnych.

Podbiegłam niezdarnie do ciała Jace'a i złapałam go za ramiona, lekko potrząsając.

- Jace, błagam, otwórz oczy - mówiłam. - Błagam otwórz oczy! Jonathan zrób coś!

Chłopak tylko podniósł głowę, aby spojrzeć na mnie oczami pełnymi łez i pokręcić lekko głową.

- To zbyt silna trucizna. Nawet iratze nie pomoże. Przykro mi - powiedział.

- Nie - warknęłam, brudnymi od krwi palcami dotykając twarzy ukochanego. - Błagam, nie... Jace, wróć... proszę.

Maleńkie szpileczki zalały moje serce, a także całe moje ciało. Cały ból, który się we mnie gotował, dawał o sobie znać w postaci krzyków i łez. Krzyczałam, ile sił w płucach. Chciałam, aby mnie usłyszano.
Aby każdy usłyszał.

Ale ból nie ustępował.
Nasilał się z każdą s e k u n d ą.
Z każdym s p o j r z e n i e m na jego twarz.
Z każdym d o t y k i e m jego skóry.

W końcu zabrakło mi głosu. Nie mogłam już krzyczeć, chociaż chciałam. Miałam wrażenie, że się duszę. S a m a.

Nie dawałam rady.
Nie umiałam.

Spojrzałam ukradkiem na Jonathana, który cały czas płakał z twarzą w zagięciu szyi brunetki. Jej twarz pozostawała wciąż taka sama, jak u Jace'a    m a r t w a.

Spuściłam wzrok na trawę pod sobą, dostrzegając kawałek szkła po fiolce, który upuściłam. Był wielkości paznokcia. Był ostry.

Wzięłam go i zdjęłam rękawiczki, odsłaniając pierścień Herondale'ów. 
Podciągnęłam rękaw, odsłaniając nadgarstek.

Wdech.
Wydech.
Wdech.
Wydech.

Spojrzałam w niebo, które zaczęło przyjmować ciepłe barwy. Z nad otaczających nas drzew można było dostrzec pierwsze promienie słońca, które wkrótce objęły także miejsce polanki. Świt.

Kiedy ciepłe światło padło na bladą niczym ściana twarz Jace'a, poczułam kilka ostatnich łez skapujących z moich policzków. Nachyliłam się, składając na jego chłodnych ustach pocałunek. Następnie zamknęłam oczy i oparłam głowę o jego tors. Uniosłam kawałek szkła i z zaciśniętymi powiekami przycisnęłam ostre zakończenie do nadgarstka.
.
.
.
.
.
.
.
- Masz wrócić, i to nie jest prośba - powiedział. - Nie pozwolę, abyś bezczelnie odeszła z moim pierścieniem. Najpierw musisz przyjąć moje nazwisko. Coś za coś, panno Herondale.
.
.
.
.
.
.
.
.
Przycisnęłam szkło jeszcze m o c n i e j.
.
.
.
.
.
.
.
.
- Mam nadzieję, że masz zamiar założyć ślubną podwiązkę - szepnął, nachylając się tuż przy moim uchu. 
.
.
.
.
.
.
.
.
.
To były jego o s t a t n i e słowa.
.
.
.
.
.
.
.
.
Zaciskając zęby, wbiłam szkło niczym szpileczki będące w moim sercu.

Ciepła krew zaczęła spływać po mojej dłoni. Rozchyliłam nieco powieki, pozwalając sobie ukradkiem spojrzeć na świt.

Wojna się skończyła.
Świat Cieni wygrał.
Ja przegrałam.

Piekący ból w nadgarstku z czasem zaczął zanikać, a ja sama czułam, że usypiam.
Ból w sercu też odchodził.
Nadchodził s p o k ó j.

Już prawie zamknęłam oczy, kiedy poczułam, jak ktoś odgarnia włosy z mojej twarzy. Z trudem otworzyłam szerzej oczy. To co zobaczyłam, tylko mnie uświadomiło, że jestem tam gdzie powinnam być.

- Clary. - Seraphina klękała przede mną. Zdrowa, bez żadnych obrażeń. Miała na sobie zwykłą białą koszulę nocną, a jej włosy spływały falami na ramiona. Jej oczy... takie same, jak u matki. Zielone. Normalne. Bez cienia demonicznej obecności w jej ciele. Cała choć widoczna, to była półprzezroczysta; można było dostrzec zarys czaszki, a także przechodzące przez nią światło.

W odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam.
Wiedziałam, że to już koniec.
Nie wiedziałam tylko, czy to piekło czy niebo, bo polana pozostawała cały czas taka sama.

- Chciałaś je uratować - powiedziała rudowłosa i uniosła dłoń, z której posypał się proch. - Widziałam to.

Nie mogłaś, chciałam powiedzieć, ale z mojego gardła nie wydobyło się nic z wyjątkiem stęknięcia.

- Jeszcze nie czas na ciebie - szepnęła pospiesznie i ponownie odgarnęła włosy z mojej twarzy.

Obserwowałam, jak przenosi wzrok na Jace'a, po czym kładzie swoje dłonie na jego piersi. Z pod jej palców zaczął się wydobywać złoty blask.

Nie bójcie się więc tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą. - Jej słowa docierały do mnie, jak przez mgłę. Zanim zdążyłam zobaczyć czy usłyszeć coś jeszcze, moje oczy się zamknęły.

sobota, 2 września 2017

Rozdział 8 Finale

◊ Clary 




Bolesny cios w żebra natychmiastowo przywrócił mnie do rzeczywistości. Nabrałams głęboko powietrza, łapiąc się za bolące miejsce. Kaszlnęłam i splunęłam krwią.

- Już się bałam, że coś ci zrobiły - usłyszałam głos nad sobą. Ciężko oddychając spojrzałam w górę, dostrzegając stojącą obok Seraphinę. Obdarzyła mnie pogardliwym spojrzeniem, po czym odeszła o kilka kroków. Sięgnęłam po miecz, ale go tam nie zastałam.

Jak na zawołanie broń wylądowała tuż przed moim nosem, gotowa do użycia.

- Tego szukałaś? - spytała. Bez odpowiedzi wzięłam broń do ręki i chwiejnie stanęłam na równe nogi. Przez pierwsze chwile wydawały się być jak z waty, ale już po chwili odzyskały siłę. Z uniesioną głową zrobiłam krok w stronę Seraphiny, dając znak, że jestem gotowa do walki. Ona jednak miała inne plany, bo zmierzyła mnie od stóp do głów. Na jej twarzy pojawił się grymas rozbawienia.

- Naprawdę sądzisz, że od razu chcę przejść do głównych spraw? O nie - uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Nie, nie, nie... Wszystko krok po kroku. Zanim dojdzie do walki, chcę być pewna, że nie wygram tak łatwo. Nie lubię łatwo wygrywać.

- Przestań i walcz ze mną - warknęłam i zamachnęłam się w jej stronę, ale ta zrobiła zwinny unik.

- Przecież właśnie powiedziałam, że nie lubię łatwo wygrywać - przypomniała. Ponownie zrobiła kilka kroków w tył. Otaczał nas las. Nie miałam pojęcia gdzie jesteśmy. Nieduża, okrągła polanka była oświetlona kilkoma pochodniami, które ktoś zamieścił tuż obok drzew.

- Naprawdę sądzisz, że tak łatwo mnie pokonać?

- Naprawdę sądzisz, że tak łatwo pokonać MNIE?

Z wyrazem satysfakcji, uniosła dłoń. Za nią, zza drzew wyłonił się demon i coś ze sobą wlókł. Dopiero, kiedy wszedł w światło pochodni, poczułam, jak moje serce zamiera. Miecz wyślizgnął się z mojej dłoni, kiedy tym czasem moje usta się rozwarły.

Ciało, które wlokła ze sobą bestia, zostało rzucone tuż pod moje nogi. Upadłam na kolana, czując, jak łzy napływają do moich oczu, a po chwili spływają po moich policzkach. Z moich ust wydobyło się stęknięcie zamiast nabrania oddechu.

Moje palce wplotły się w blond włosy, a druga wolna ręka spoczęła na jego bladej twarzy.

- Jace - wyszeptałam, gładząc jego chłodny policzek.

- On żyje - powiedziała Seraphina.

Krzyknęłam cicho z radości i ulgi. Z moich uczy wypłynęło jeszcze więcej łez.

- Ale nie długo - dodała szybko, na co poczułam narastającą w środku złość. Zacisnęłam mocno zęby. - W jego krwi płynie trucizna, która go zabija. Niewiele czasu mu zostało. Ale jest antidotum. - Spojrzałam na nią, kiedy trzymała uniesioną w dłoni fiolkę z przezroczystym płynem. Stanęłam na równe nogi, będąc gotowa zabić za fiolkę, ale dziewczyna się cofnęła.

- Jeżeli ją chcesz to musisz ją zdobyć - powiedziała. - Czas na to, na co tak obie długo czekałyśmy, siostrzyczko. - Po swoich słowach schowała fiolkę w kieszonkę swojego stroju, po czym sięgnęła po oba swoje miecze. Kiedy je wyjęła, oba stanęły w ogniu. - Zabijesz mnie, dostaniesz antidotum. Życie za życie, Clary.

Spojrzałam ostatni raz na Jace'a i jego bladą twarz.

Będziesz żył, obiecałam w myślach, po czym sięgnęłam po leżący na ziemi miecz. Kiedy chłodna rękojeść znalazła się w mojej dłoni, wypełniła mnie furia. Siła, która myślałam, że mnie opuściła, powróciła podwójnie.

Zrobiłam kilka kroków w stronę Seraphiny, unosząc miecz.

Rzuciłam się na nią, rozpoczynając atak. Bezproblemowo odparowywała moje ruchy, ale nie trzeba było dużo czasu, aby ją przechytrzyć; znałam jej styl walki, wiedziałam, jakie były jej słabe punkty.

Po kilku chwilach udało mi się ją zranić w dłoń, ale zachowywała się jakby tego nie poczuła. Tym razem to ona zaatakowała, a ja musiałam się bronić.

- Uratowałaś mnie, a teraz chcesz mnie zabić - warknęłam. - Dlaczego?

Nie musiała odpowiadać. Jej oczy zaświeciły płomiennym blaskiem, zupełnie tak jak kiedyś oczy Lilith. Teraz zrozumiałam wszystko; nie mogła się w pełni poświęcić, bo zanim zabiła Lilith, ta uczyniła ją następczynią. Seraphina nie mogła zginąć, kiedy zginęła Lilith. Edom potrzebował władcy, a była nim w tej chwili ona. Moja siostra. Właśnie wtedy przypomniała mi się chwila z przed kilku godzin, kiedy Isabelle wystąpiła przed armię demonów.

"Nie tylko zawiązała sojusz z buntującymi się przeciwko mnie demonami, ale wyszła za Jonathana, przyjmując nowe nazwisko. Obiecała mi wsparcie pod warunkiem, że uczynię ją następczynią"

Tak właśnie powiedziała wtedy Seraphina.
Na Anioła.
Isabelle była następczynią, a to znaczyło, że Seraphina była śmiertelna. Mogła zginąć, trzeba było tylko utrzymać Isabelle przy życiu.

Teraz liczyła się każda sekunda.
Bo w każdej chwili Isabelle mogła zginąć.
A Seraphina stała by się niepokonana.

Ponownie zaczęłam na nią nacierać, tym razem z jeszcze większą siłą. Trafiłabym prosto w jej obojczyk, gdyby nie to, że w jednej chwili zniknęła mi z oczu. Zaczęłam się nerwowo rozglądać, będąc wyczulona na każdy przypadkowy ruch. Słyszałam jedynie skrzeczące płomienie wokół nas i bicie swojego serca. Przestałam jednak oddychać, kiedy mój wzrok ponownie zatrzymał się na Jace'się; cały czas leżał nieruchomo. Wciąż był blady niczym ściana. U m i e r a ł. A to wszystko przeze mnie. Przez moją przeszłość. Przez to kim byłam... i kim jestem.

Wymówiłam bezgłośnie jego imię.

Właśnie wtedy coś ostrego spoczęło na moim gardle. Przełknęłam ślinę, czują zimną stal sztyletu.

- Nie można mnie zabić. - Jej syk rozległ się tuż przy moim uchu. - Jestem Panią Piekieł i będę panowała wiecznie. A dla ciebie, Clarisso, nadszedł czas, abyś mi za wszystko zapłaciła.

- Za co? Co ci zrobiłam? - wymamrotałam, nadal mając wzrok utkwiony w Jace'się.

- Dużo - odpowiedziała, mocniej przyciskając broń do mojego gardła. - Zabrałaś mi wszystko. Ojca, nawet matkę, która kochała cię chociaż ty nie kochałaś jej wcale.

- Dobrze wiesz, kim wtedy byłam - odpowiedziałam.

- Kim dalej jesteś - poprawiła. - A równie dobrze można już o tobie mówić w czasie przeszłym - oznajmiła. Drganie sztyletu oznaczało, że w ciągu kilku sekund miała mi poderżnąć gardło. Zamknęłam oczy, zapamiętując twarz Jace'a.

Kocham cię, powiedziałam bezgłośnie, będąc gotowa na śmierć, bo teraz miała ona nadejść naprawdę.

Jeden...

Dwa...

Trzy...

Cztery...

- Puść ją!

Otworzyłam oczy, przenosząc wzrok na drugi koniec polany; Jonathan stał prosto, powoli idąc w naszą stronę, niosąc na rękach czyjeś ciało. Dopiero po chwili rozpoznałam czarne włosy i twarz, chociaż była brudna od krwi i sadzy.

I s a b e l l e

- Nie - szepnęłam, czując łzy spływające po twarzy.

Chciałam krzyknąć, ale z mojego gardła wydobył się jedynie żałosny pisk zmieszany z wyciem.

- Zabiłaś. Ją. - wysyczał mój brat, zatrzymując się kilka metrów od nas. Z jego szklanych oczu także wypływały łzy. Płakał. Trzymał kurczowo ciało brunetki, a jego dłonie były brudne od krwi. Jej ręce zaś zwisały bezwładnie, a na jej palcu spoczywał sygnet rodowy Morgensternów.

- Ja tylko pomogłam ci wykonać zadanie - usłyszałam jej obojętny głos. Chociaż stała za mną, wiedziałam, że wzruszyła ramionami. - Jesteś jeszcze bardziej słaby niż myślałam.

- Puść ją - warknął Jonathan, zerkając na mnie. - Puść ją ty żmijo.

- Myślisz, że cię posłucham?

- Posłuchasz - Jonathan kiwnął głową.

- A jeżeli nie? - spytała i jak na złość mocniej przycisnęła broń do mojej skóry. Teraz ledwo mogłam oddychać. Spojrzałam niepewnie na chłopaka, ale ten tylko spojrzał na coś za nami. Poczułam, jak Seraphina odwraca głowę i sztywnieje. W jednej chwili odepchnęła mnie na bok z taką siłą, że upadłam tuż obok Jace'a. Podniosłam się na łokciu, idąc za jej wzrokiem. Po przeciwnej stronie polany stał jakiś mężczyzna, trzymając nieduże zawiniątko. Po odgłosach, domyśliłam się, że było to niemowlę. Znieruchomiałam. Wzrokiem zaczęłam skakać między postaciami. Seraphina stała z niekrytym przerażeniem.

- Co ty robisz? - spytała mężczyzny, który nieco się zbliżył. - Asmodeusz, co ty tutaj robisz, dlaczego go tutaj przyniosłeś?!

Ten jedynie spojrzał na nią beznamiętnie, a czerwony kolor oczu zmienił się w jednej chwili w czarny. Jego oczy były teraz czarne... niczym tunele.

A s m o d e u s z
Prawowity pan piekieł.

- Zrzeknij się władzy, Seraphino - powiedział.

- Co? - Dziewczyna patrzyła na niego, jakby nie mogła uwierzyć w to, że tutaj jest.

- Nikt tutaj nie wygra - powiedział. - Wszyscy się pozabijają. Koniec. Zrzeknij się władzy.

- O czym ty mówisz?! - krzyknęła, chcąc do niego podejść, ale zatrzymał ją nóż, który Asmodeusz uniósł nad głowę. Rudowłosa stanęła wryta.

- Jestem gotowy przyjąć cię z powrotem do piekła jako moją żonę i jako matkę tego dziecka, ale masz zrzec się korony.

M a t k ę tego d z i e c k a
Seraphina miała dziecko...

- Bo co? - warknęła.

- Bo inaczej nie będziesz ani nią, ani matką - zagroził, zbliżając czubek ostrza do śpiącej twarzyczki dziecka. Wstrzymałam oddech, dostrzegając, jak Seraphina blednie i patrzy na niego z jeszcze większym przerażeniem. Zaczęła kręcić głową.

- Nie zrobisz tego... to twój syn!

- Co z tego? - spytał, jeszcze bardziej przybliżając broń.

- Nie! - krzyknęła.

- Mówię ostatni raz; zrzeknij się władzy inaczej to dziecko zginie.

Może Seraphina miała w sobie część krew Lilith, którą na siebie przyjęła z Jonathanem, kiedy mnie ocaliła, ale l u d z k a część niej nadal tam siedziała. Miłość. Nie byle jaka, tylko m a t c z y n a.

Kiedy koniec broni zetknął się delikatnie z czołem niemowlęcia, Seraphina opadła na kolana, wypuszczając z dłoni sztylet i miecz i krzycząc na cały głos jedno słowo:

- DOBRZE!

Asmodeusz uśmiechnął się lekko i odsunął broń od dziecka, które obudziło się na krzyk m a t k i. Zamrugało kilka razy zielonymi oczkami. Takimi charakterystycznymi dla Fairchild'ów.

- A więc? - spytał demon.

- Zrzekam. Się. Władzy - wycedziła przez zaciśnięte zęby, patrząc w ziemie. - Przekazuję. Ją. T o b i e.

Wypuściłam długo trzymane powietrze, obserwując, jak Asmodeusz podchodzi do dziewczyny i klęka przed nią, oddając jej dziecko. Ta wyciągnęła drżące ręce w jego stronę.

- W jednym twój ojciec się nie mylił - powiedział Pan Piekieł. - Kochać znaczy niszczyć, a być kochanym to znaczy zostać zniszczonym.

Dłonie Seraphiny już dotykały dziecka, kiedy sztylet w dłoni demona znalazł się przy jej gardle i je poderżnął.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Rozdział 7 Rzeź

◊ Clary 





Wojna oznacza śmierć; pokonanie wroga jednym lub dwoma ciosami.

Tak przynajmniej sądziłam dopóki demony walczące po stronie Seraphiny nie zaatakowały. Gdy fala wroga na nas natarła, nie minęła minuta, a w powietrzu unosił się już zapach krwi oraz dźwięk rozrywanych ciał i łamanych kości.

Lata treningów i bolesnych doświadczeń nie dały rady powstrzymać niesmaku, który poczułam na ustach.

Zdecydowanymi ruchami nacierałam na przeciwnika, z każdą sekundą przesuwając się co raz bardziej do przodu. Dostanie się do Seraphiny okazało się być trudniejsze niż sądziłam; wbrew wyrównanej siły, kilkanaście tysięcy demonów do zabicia nie było takie proste.

Nie wiedziałam, ile już walczę. 
Może godzinę, może dwie.
A może pięć?

Wiem jedno; bardzo długo.
Siły mnie jednak nie opuszczały, wręcz przeciwnie, adrenalina rosła z każdym wysłanym przeze mnie do piekła demonem. Przy świadomości trzymał mnie również strach o Jace'a i reszty moich bliskich. Z każdym przypadkowym nadepnięciem na - jedną z wielu leżących na ziemi - kończynę, modliłam się, aby nie należała ona do nikogo z nich.

Zamiast potu, spływała po mnie krew.
Częściowo moja po przypadkowych draśnięciach, a częściowo posoka wroga. Jej palące właściwości także nie pozwoliły mi się zdekoncentrować.





Seraphina 





Stojąc daleko od głównego pola bitwy, obserwowałam niemo całe zdarzenie. Moje demony idealnie się spisywały.

Szybka śmierć byłaby litością z mojej strony...
A dla wrogów nie ma litości...
Na wojnie nie ma l i t o ś c i...

Odwróciłam głowę w bok, przyzywając do siebie Jonathana. Z ponurą miną podszedł z ręką nadal zaciśniętą na rękojeści.

- Chyba nie muszę ci mówić, co musisz zrobić - powiedziałam, kierując wzrok z powrotem na pole.

- Siostro - zaczął po chwili niepewnie, ale uniosłam rękę.

- Jeżeli ty tego nie zrobisz, to ja to zrobię. - Po moich słowach już się nie odezwał. Doskonale wiedział, że gdybym to ja wykonała za niego zadanie, nie powstrzymywałabym się. Nie kontrolowała. Pozwoliłabym jej umierać p o w o l i.

Jednak ja także coś wiedziałam.
Wiedziałam, że jeżeli będzie się ociągał, nie da rady tego zrobić.

Kiedy odszedł, przywołałam do siebie jednego ze stojących za mną demonów. Ukłonił się, sycząc cicho.

- Jeżeli będzie się wahał, pomóż mu - oznajmiłam beznamiętnie. Demon kiwnął łbem i odszedł, znikając w gęstwinach lasu.

Odwróciłam się w stronę pozostałych kilku demonów i uniosłam głowę. Pozwoliłam, aby moje oczy przepełnił ognisty blask.

- Już czas - oznajmiłam.





◊ Clary 





Cztery demony mnie otoczyły. Nerwowo obracałam się z mieczami w dłoni. Wszystkie cztery bestie były większe ode mnie i zaliczały się do silnych. Dwa z nich posiadały ogon z kolcem jadowym, zaś dwa kolejne wysuwające się szczęki pełne kłów.

Zaklęłam cicho pod nosem i zrobiłam obrót, wbijając bronie prosto w pierwsze cielsko. Ledwo co zdążył przekształcić się w popiół, a trzy pozostałe rzuciły się na mnie. Powtórzyłam poprzedni ruch, a także wykonałam kilka ataków, ale bestie z niemalże łatwością robiły uniki. W pewnym momencie poczułam, jak coś owija się wokół mojej nogi. Spojrzałam w dół widząc coś na kształt macki. Próbowałam się wyswobodzić, ale na nic się to nie zdało. Demony przestały mnie atakować. Spojrzałam na nie ze zdziwieniem. Nagle macka zacisnęła się jeszcze mocniej i pociągnęła. Upadłam na ziemie i zanim zdążyłam podnieść wzrok, coś ciężkiego uderzyło nie w głowę.

Wszystko ucichło...




◊ Isabelle 





Kilkadziesiąt metrów dalej, zdążyłam ujrzeć płomienne włosy. Niewątpliwie była to Clary. W jednej sekundzie poczułam ulgę, na myśl, że wciąż żyje. Ulga zniknęła jednak tak szybko jak się pojawiła; rudowłosa upadła, a cielska kilku demonów ją zasłoniły. Chwilowa panika i dekoncentracja dużo mnie kosztowały, ponieważ jeden z demonów zdołał przejechać pazurem po mojej twarzy. Mój policzek przeszedł piekący ból.

Jednym machnięciem bicza zabiłam demona. Elektrum opadło wokół mnie, będąc gotowe do ponownego użycia. Otarłam krew z rany na twarzy, która zdążyła dosięgnąć moich ust. Zlizałam metaliczny posmak krwi. Odwróciłam się napięcie, będąc gotowa na kolejny atak, ale zamiast demona, stał za mną ktoś inny.

Wydawał się być nietknięty przez wojnę. Niemal białe włosy miał wciąż czyste i idealnie ułożone. Jego strój bojowy był nadal czysty, bez śladu kropli krwi lub demonicznej posoki. Jedyny brud, jaki zdołał się na nim osadzić, to nieduża smuga pod prawym okiem.

Poczułam, jak serce mi się ściska.
Wiedziałam, dlaczego tutaj stoi.
Przełknęłam ślinę. On też.
On też wiedział, że ja wiem.

- Jak to ma więc być? - spytałam, pozwalając biczowi wrócić do postaci bransolety. Zmarszczyłam brwi, lepiej mu się przyglądając, ale jedyne co widziałam w jego oczach, to niepewność.
- Wiedziałam, że tobie każe to zrobić - stwierdziłam, kiedy nie odpowiedział.

- Okłamałaś mnie, Isabelle - podniósł głos i uniósł nieco miecz w moją stronę. W kilka sekund wyciągnęłam swój.

- Nie miałam wyboru, mówiłam, że jeżeli dojdzie do wojny to będę walczyła po stronie bliskich.

- Myślałem, że po naszej nocy poślubnej ja także się do nich zaliczam - warknął. Teraz nie ukrywał rozdrażnienia. - Okłamywałaś mnie cały czas.

- A ty nie? - spytałam ze złością. - Mam ci przypomnieć, przez kogo znalazłam się w piekle?

- Robiłem to dla twojego dobra, bo cię kochałem... Nadal kocham. - Spojrzał na mnie błagalnie, marszcząc brwi. - Chciałem cię uratować. Dać ci w s z y s t k o. I dałem. Wszystko co miałem. A ty kłamałaś nawet w naszą wspólną noc. Gratuluję, Isabelle, naprawdę doskonale ci poszło zwodzenie mnie pod koniec. Doszłaś do celu. Ale to koniec - oznajmił i uniósł miecz, jeszcze wyżej.

Poczułam, jak moje serce zalewa fala bólu.

Myli się.
Tak bardzo się myli. 

Spojrzałam w jego oczy, starając się w nich dostrzec coś jeszcze z wyjątkiem niepewności i zranienia. Niestety obraz zamazał mi się przed oczami, bo w moich pojawiły się łzy. Spłynęły po moich policzkach.

- Nakir - wyszeptałam, także unosząc miecz. Serafickie ostrze rozbłysło jasnym światłem.

Za chwilę nastąpi koniec.
Dla mnie.
Dla niego.
Dla nas.

Z krzykiem rzuciłam się na niego, pozwalając naszym bronią zderzyć się z głuchym trzaskiem. Przez pierwsze chwile to ja atakowałam, a on zręcznie odparowywał każdy mój ruch. Kiedy role się zmieniły, nie było mi już tak łatwo. W końcu nastąpiła chwila błędu i mój miecz został wytrącony. Czubek trzymanego przez niego ostrza, był skierowany w stronę mojego brzucha. Dotykał go. Czułam lekki nacisk, który za chwilę miał mnie przebić.

Uniosłam wzrok. Patrzyliśmy sobie w oczy dobre kilkanaście sekund. Patrzyliśmy na siebie z bólem, cierpieniem, rozpaczą.

- Zrób to - powiedziałam, spoglądając na wcelowaną we mnie broń. - Zakończmy to, no chyba, że Seraphina kazała ci mi zadać powolną śmierć.

- Nie pozwoliłbym na to - odpowiedział w końcu.

- Te słowa brzmią dziwnie, kiedy je wypowiadasz. W końcu to ty trzymasz miecz - przypomniałam. Łzy przestały spływać po moich policzkach. Nie czułam już strachu. Nie czułam już nic. Przegrałam. Stałam ze spuszczonymi rękami czekając na śmierć.
- Przekaż Seraphinie, że przeklęty zawsze będzie przeklętym.

- Isabelle - zaczął z naciskiem, ale mu przerwałam z walącym sercem.

- Po prostu to zrób - warknęłam, ale widząc jego dłuższe wahanie, podniosłam głos: - Zrób to!

Nacisk miecza tylko trochę się zwiększył.

- ZRÓB TO! - krzyknęłam. W tej samej chwili, czubek miecza opadł na ziemie. Spojrzałam na chłopaka z niedowierzaniem.

- Nie mogę - powiedział.

Wokół nas ginęli Nocni Łowcy i Podziemni. Dźwięk rozrywanych ciał i łamiących się kości przeszywał powietrze, a my staliśmy teraz bez ruchu, nie potrafiąc nic zrobić. Ani się zabić, ani próbować się bronić.

W jego oczach dostrzegłam łzy.

- Nie mogę, Izzy - powtórzył i ponownie uniósł miecz. Trzymał go nieruchomo, będąc gotowy do walki z każdym. Tylko nie ze mną.

- Ta decyzja będzie cię kosztować - powiedziałam, czując cały czas ból w sercu. Wolałbym zginąć. Wolałabym, aby wbił we mnie ten miecz. Przynajmniej wiedzielibyśmy na czym stoimy. Bylibyśmy wszystkiego pewni.

Zrobiłam niepewny krok w jego stronę, nie wiedząc, czy chcę go uderzyć czy pocałować. W tej samej chwili dostrzegłam niewyraźny ruch za jego plecami. Ciało Jonathana wpadło na mnie razem z jego mieczem.

Z taką siłą i taką prędkością, że nie zdążyłam zrobić uniku. Zimna stal przeszyła mnie, tak jak miała to zrobić.





Jonathan 




Coś nagle pchnęło mnie z taką siłą, że straciłem równowagę i wpadłem na Isabelle. Miecz, który nadal trzymałem w dłoni, przeszył powietrze razem ze mną, a następnie coś twardego. Odskoczyłem szybko od brunetki. Jej usta były rozchylone w niemym krzyku, a oczy szeroko otwarte. Powoli spojrzałem w dół za miejsce, za które się trzymała; jej dłonie ściskały ostrze. Ostrze było w niej. Poczułem, jak blednę z przerażenia.

Nie
Nie
Nie

Słysząc jej ciche stękniecie, ocknąłem się, jednym ruchem wyciągając miecz i odrzucając go najdalej jak potrafię. Złapałem dziewczynę za ramiona, gdy zaczęła się osuwać na ziemie.

- Nie - wyszeptałem przez zaciśnięte zęby. - Nie, nie, nie, nie... NIE!

Jej dłonie nadal ściskały ranę na brzuchu. Plama krwi zaczęła się powiększać. Dotknąłem jej, zaczynając uciskać ranę. Ciepła krew zetknęła się z moją dłonią. Ułożyłem ostrożnie głowę dziewczyny na swoim kolanie, następnie wyciągając stelę.

Oczy dziewczyny patrzyły na mnie, mrugając sennie.

- Wszystko będzie dobrze, Isabelle - mówiłem, gładząc jej policzek brudną od krwi dłonią. Rozdarłem rękoma materiał w okolicy jej brzucha, chcąc narysować iratze. Ale nie mogłem; rana była głęboka, zaczynała ropieć. Musiałem ją najpierw oczyścić, ale nie miałem czym.

Zakląłem głośno, odrzucając stelę na bok i ponownie uciskając ranę.

- Będzie dobrze, będzie dobrze... POMOCY!... Będzie dobrze...

- Jonathan - wymamrotała, dotykając dłonią mojego policzka. Ucałowałem ją.

- Cii...nic ci nie będzie, opatrzymy cię - powiedziałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

- Nie kłamałam... ja nie... kłamałam - zaczęła mówić, co jakiś czas krzywiąc się z bólu.

- Cii, Isabelle, błagam...

- Nie kłamałam... Nie tamtej... nocy... Uwierz mi... proszę... - Wypowiadając ostatnie słowo, zaczęła szybko i głęboko oddychać. Dusiła się. Łapała oddech. Zacząłem mocniej uciskać ranę, drugą dłoń przykładając ponownie do jej policzka. Dolna warga była rozcięta, a jej twarz pokrywał pot i brud, ale dla mnie nadal była najpiękniejszą osobą na świecie.

- Będzie dobrze, zobaczysz... Będzie dobrze...

Jej oczy patrzyły na mnie, co raz bardziej się zamykając. Jakby zasypiała. Jej dłoń, która cały czas ściskała moją przy jej ranię, zaczęła się rozluźniać.

- Nie - powiedziałem z naciskiem, ale w tym samym momencie jej oczy się zamknęły. Jej dłoń, na której nadal spoczywał pierścień Morgenstern'ów, przestała ściskać moją i opadła.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Myślałem, że wiem, co to znaczy cierpieć.
Myliłem się.


Krzyk, który wydobył się z mojego gardła, był tego potwierdzeniem.